Szczerze mówiąc, od kilku lat nie sięgałem po polską literaturę. Wolskiego czytywałem dawno temu. Autora kojarzę raczej z satyrą, niż poważną literaturą. Tym razem postanowił się zmierzyć z poważnym tematem. Wziął na warsztat książkę o początkach Polskiej Partii Robotniczej. To co tam wyczytał, próbował przekazać czytelnikom w formie popularnej. Karkołomne zadanie.
Bohaterem powieści jest Maciej Podlaski. Mamy rok 1981 rok. Maciej jest nauczycielem geografii zaangażowanym w działalność w NSZZ "Solidarność". Przypadkiem trafia na informację o swoim ojcu. Jest ona sprzeczna z oficjalną biografią. Jego ojciec to komunistyczny bohater, poległy rzekomo w ostatnich dniach Powstania Warszawskiego. Tyle tylko, że w świetle nowej informacji, Eugeniusz Podlaski zginął tuż przed wybuchem powstania. Nie mógł być zatem ojcem Macieja, ponieważ od jego śmierci do narodzin Macieja minęło 11 miesięcy. Maciej postanawia rozwikłać zagadkę swojego pochodzenia. Na jego nieszczęście, nikt nie chce mu w tym pomóc. Sprawa okazuje się bardziej tajemnicza, niż mogłoby się wydawać. Są też najwyraźniej osoby zainteresowane, aby prawda nigdy nie ujrzała światła dziennego. Ludzie, do których Maciej zwraca się o pomoc, tajemniczo umierają. Kiedy wydawałoby się, że jego dochodzenie utknie w ślepym zaułku, z pomocą przychodzą mu sny. W snach poznaje wojenne losy swojej matki. A wszystko to jest pretekstem do pokazania początków PPR.
Książka nieźle się zapowiadała. Niestety, choć dzieje komunistycznego podziemia zostały opisane na podstawie faktów, lub przynajmniej są prawdopodobne, cała historia razi sztucznością. Przede wszystkim bohater jest antypatyczny. To egoistyczny i egocentryczny erotoman bez kręgosłupa moralnego. Wolski stara się zbudować napięcie, sugerując niebezpieczeństwa czyhające na bohatera. To prawda, że życie w PRL-u bywało niebezpieczne, ale znając zakończenie wiem, iż wszystko to jest bardzo sztuczną konstrukcją, nie mającą logicznego uzasadnienia. Cała kunsztownie budowana intryga okazała się nie warta funta kłaków. Mam wielką ochotę zdradzić zakończenie, aby to udowodnić.
Pomysł autora, żeby akcja toczyła się częściowo w snach bohatera, odrealnia całą opowieść. W tym miejscu warto zrobić porównanie metody zastosowanej przez Wolskiego, z tym co zastosował Dan Brown w "Kodzie Leonadra da Vinci". Po to, aby pokazać istotną różnicę. Dan Brown, wplatając historyczne postaci i wydarzenia w fikcyjną historię, wmawiał czytelnikowi - w wielu przypadkach z sukcesem - że wymyślone zdarzenia naprawdę miały miejsce. Ma grono wiernych wyznawców, od których zbierałem baty za to, że pozwoliłem sobie na podważenie ich nowej wiary. Wolski robi dokładnie coś odwrotnego. Wyrabia w czytelniku przekonanie, że to, co wyprawiali komuniści, nie było rzeczywiste. W końcu - co autor sam napisał i co zgodne jest z obiegowymi interpretacjami - w śnie jest na odwrót niż w rzeczywistości... Chyba nie takie były jego intencje, ale taki jest w efekcie odbiór. To jakieś s-f, w którym autor niewielką wagę przywiązuje do logiki. Jakieś oniryczne majaczenia. Owszem, autor próbuje racjonalizować całą opowieść i szuka prawie-naukowego wyjaśnienia dla snów bohatera, ale zaraz skutecznie torpeduje własną koncepcję. Bo przecież wydumany pomysł pamięci genetycznej bierze w łeb w chwili, kiedy okazuje się, że syn Macieja "pamięta" wydarzenia, które miały miejsce po jego poczęciu. Litości.
Próba pokazania w sposób popularny i odkłamany komunistycznego podziemia z czasów II wojny światowej to pomysł ciekawy. Można do niego podejść na wiele sposobów. Powieść fantastyczna to też jakaś koncepcja, ale trzeba czytelnikowi dać coś, co go zainteresuje. Nie jestem zapewne typowym czytelnikiem i grupą docelową. Być może dlatego niezbyt mnie kręcą różne warianty seksu i gwałtu, które prezentuje autor na kartach książki. Pokazanie bandycko-mafijnego charakteru początków władzy ludowej też nie robi na mnie żadnego wrażenia. Wiem o tym, więc w sensie poznawczym nie dowiaduję się niczego nowego. Co więcej, obraz Wolskiego jest zbyt jednostronny i pomija bardzo wiele aspektów problemu, żeby go potraktować poważnie. Owszem, można dodatkowo dorobić gębę komunistom, robiąc z nich niezaspokojonych seksualnie samców, którzy nie przepuszczą niczemu, co na drzewo nie ucieka. Tyle tylko, że jest to wówczas poziom propagandy, którą w swoim czasie uprawiali sami komuniści. W miejsce faszystów z AK mamy tu szumowiny z GL. Dla mnie dużo ciekawsza byłaby próba analizy, co kierowało tymi ludźmi. Uproszczona diagnoza, że byli zdrajcami bez krzty patriotyzmu to poziom telenoweli. Więcej mówi o autorze i jego przekonaniach niż o początkach komunizmu. Mam prawicowe przekonania, ale tendencyjność i jednostronność obrazu są zbyt nachalne. |