Gdy na niebie pojawiła się Calamity, niektórzy ludzie się zmienili. Zyskali niezwykłe moce i umiejętności. Jednak nie wykorzystali ich dla dobra ludzkości. Stali się przekleństwem ludzkości. Zniszczyli cywilizację. Ludzie ochrzcili ich mianem Epików.
David Charleston miał 8 lat, gdy jeden z Epików, Stalowe Serce, zamordował jego ojca. To był początek rządów Stalowego Serca, który ogłosił się władcą Chicago. Ten dzień nazwano Aneksją. Miasto zmieniło nazwę na Newcago.
Tamtego dnia wydarzyło się jeszcze jedno. Ojcu Davida udało się zranić Stalowe Serce. To sprowokowało wybuch furii zranionego Epika. Wymordował wszystkich, którzy byli tego świadkami. Tylko David cudem ocalał.
Minęło 10 lat od Aneksji. David ma tylko jeden cel w życiu: chce zabić Stalowe Serce. Wielu sądzi, że to niemożliwe, ale on widział, jak Stalowe Serce krwawi. Marzy, żeby dołączyć do Mścicieli, którzy zabijają Epików. Kiedy ich wreszcie znajduje, musi ich jeszcze przekonać do swoich planów. A przede wszystkim, ustalić, co takiego sprawiło, że jego ojcu udało się zranić Stalowe Serce.
Sanderson tym razem nie kreuje nowego świata. To nasza Ziemia, ale odmieniona pojawieniem się zjawisk, których nauka nie umie do końca wyjaśnić. Mimo wszystko mamy tu wątki i problemy znane z innych powieści tego autora. Walka z tyranią i niesprawiedliwością. Ludzie obdarzeni nadludzkimi mocami, którzy ulegają pokusom, jakie one oferują, lub zmagają się z tymi pokusami. Nieustanne dylematy, przed jakimi staje się, gdy trzeba podjąć walkę. Nawet, gdy cel jest szczytny, cena zwycięstwa może być wysoka.
Nie kryję, że bardzo lubię powieści Sandersona. Są doskonale napisane od strony warsztatowej. Zwroty akcji, umiejętnie budowane napięcie i zaskakujące zakończenie. Co bardzo ważne, fabuła jest spójna logicznie. Każda ewentualna wątpliwość znajduje wyjaśnienie. Czuję sympatię do postaci, które kreuje Sanderson. No i lubię jego optymistyczne przesłanie: nawet jeśli otacza nas zło, zawsze znajdą się tacy, którzy gotowi są stawić mu czoła. Zawsze jest nadzieja. Bardzo pozytywne. Może naiwne, ale co mi tam.