Nie wiadomo, dlaczego Parshendi zgodzili się podpisać traktat z Alethimi, skoro tego samego dnia kazali zamordować króla Alethich, Gavilara Kholina. Tak zaczęła się trwająca od lat wojna. Syn Gavilara, Elhokar, obozuje wraz z armią na Strzaskanych Równinach i prowadzi stamtąd działania zaczepne.
Kaladin, syn chirurga, były żołnierz, został właśnie niewolnikiem. Trafił w szeregi mostowych. Formacja ta ma za zadanie przenosić mosty nad rozpadlinami, które przecinają Strzaskane Równiny. W rzeczywistości, arcyksiążę Sadeas używa ich w charakterze wabików. Mają odciągać uwagę Parshendich od innych formacji. Niewolnicy są tani. Żołnierze są znacznie cenniejsi. Jednak Kaladin jest zdeterminowany, by zmienić losy mostowych.
Shallan bardzo chce zostać uczennicą siostry Elhokara, Jasnah. Od miesięcy próbuje ją odnaleźć. Jest wytrwała w swych poszukiwaniach, bo od tego zależy los całej jej rodziny. Tak naprawdę Shallan chce oszukać i obrabować Jasnah. Musi się najpierw wkraść w jej łaski i zdobyć jej zaufanie, by dokonać kradzieży. A to wcale nie jest łatwe.
Dalinar, brat Gavilara, ma problem. W czasie każdej arcyburzy nawiedzają go wizje. Traci wtedy kontrolę nad swoimi czynami. Za to kiedy jest w pełni świadomy, jego myśli nieustannie krążą wokół niejasnego przesłania zamordowanego brata. Starając się przestrzegać starożytnego kodeksu postępowania, zyskuje opinię dziwaka. Nawet jego syn powątpiewa w zdolność trzeźwego osądu rzeczywistości przez ojca. Co gorsza, na Dalinara pada cień podejrzenia w związku z tajemniczym wypadkiem Elhokara.
Do tej pory każda książka Sandersona spotykała się z moim entuzjastycznym odbiorem. To jest wyjątek. Dawno nie czytałem równie nudnej powieści. Gdyby nie nazwisko autora, poddałbym się po jakichś dwustu stronach. Właściwie to nawet sam jestem zaskoczony, jak można napisać tyle stron tekstu całkowicie pozbawionego akcji. No cóż, koło osiemsetnej strony wreszcie coś się zaczęło dziać. Oczywiście, kiedy fabuła nabrała rumieńców, tom się skończył. Gdyby nie obiecująca końcówka, nie miałbym wątpliwości, że nie warto sięgać po kolejne tomy cyklu. A tak, sam nie wiem. Sanderson przyznaje, że tom powstał w dużej części w oparciu o zapiski z lat 90-tych. Może były to jego niezbyt udane młodzieńcze wprawki w rzemiośle pisarskim, których szkoda mu było wyrzucać? To pozwalałoby mieć nadzieję.
Niestety, brak akcji, to nie jedyny poważny zarzut wobec powieści. Wymyślenie tak bezsensownej wojny, jaką toczą Alethi i Parshendi, to wyczyn. Najbardziej zdumiewa, że nikt tu nie wpadł na pomysł brania jeńców. A przecież to właśnie od jeńców można byłoby się czegoś dowiedzieć o sposobie myślenia przeciwnika. O celach i zamiarach wroga. Ba, Alethi nie zadali sobie trudu, by poznać motywy, które stały za zamordowaniem Gavilara. Nie obchodzi ich, czy wrogowie mają osady, czy nie. Nic nie wiedzą o strukturze społecznej wroga. Rozważania na ten temat nie zaprzątają ich umysłów. Tylko, czy można się temu dziwić, skoro Alethi nie zdefiniowali nawet celów wojny! Chcą się zemścić, ale co to właściwie znaczy? Jakie są warunki dokonania zemsty, czyli zwycięstwa w trwającym konflikcie? Cel wojny mógłby być dowolny: zabicie wrogiego króla, zdobycie wrogiej stolicy i wymuszenie kontrybucji, wymordowanie jakiejś liczby wrogów, czy wręcz wybicie ich wszystkich. Spustoszenie ziem wroga odpada, skoro jedzenie i inne zasoby można pozyskać przetwarzając skały...
Tymczasem Alethi i Parshendi ścierają się od czasu do czasu i kompletnie nic z tego nie wynika. Nie wiadomo, kto wygrywa, a kto przegrywa. Walka jest celem samym w sobie, co czyni ją absurdalną. Może i rywalizują o cenne klejnoty, ale czy wobec tego sensem tej wojny jest bogacenie się? Ktoś prowadzi ranking, liczy zdobyte przez obie strony klejnoty i ogłosi zwycięzcę? Autor obrazuje starcia jak potyczki głupców. Żadna ze stron nie wyciąga wniosków i nie modyfikuje taktyki. Alethi, zamiast zbudować sieć wysuniętych fortyfikacji, biegają z mostami. Parshendi strzelają do mostowych, choć to bez sensu, bo to niewiele znacząca formacja. Tyle tylko, że dzięki temu wśród udręczonych mostowych mógł się pojawić wybawiciel...
Sanderson postanowił napisać dzieło epickie. Nie umie jednak stworzyć postaci na miarę swych ambicji. Kaladin jest do bólu jednowymiarowy. Jest wzorem cnót i zalet do takiego stopnia, że czyni go to nieprawdziwym. Kreowany jest na kogoś w rodzaju mesjasza. Jasne, czasami rozczula się nad sobą, podejmuje co i rusz idiotyczne decyzje, ale autor czuwa, by jego posągowy portret na tym nie ucierpiał. To czyni Kaladina przerażająco nudnym. Ech, gdyby choć jakieś małe rozdarcie wewnętrzne...
Shallan to uparta, ale niezbyt rozgarnięta dziewczyna z prowincji, która nie potrafi przewidzieć konsekwencji własnych działań. Zwyczajem ludzi o ograniczonych horyzontach, ma skłonność do surowego oceniania innych, podczas gdy łatwo znajduje usprawiedliwienie dla własnych złych uczynków. Klasyczna mentalność Kalego. Z drugiej strony, postać ta ma większy potencjał niż Kaladin, którego rola została jasno zdefiniowana. Choć i tak wolałbym, żeby to Jasnah była pierwszoplanową bohaterką, bo jest osobą znacznie bardziej skomplikowaną i zagadkową. No i stawia pytania.
Najciekawszą pierwszoplanową postacią jest Dalinar. Początkowo niezdecydowany, pozostający w defensywie, przechodzi niesamowitą metamorfozę w końcówce powieści. Wreszcie wie, jakie są jego cele i przestaje chronić się za murem konwenansów.
Sanderson to jednak nie Martin. Nie ma talentu do kreowania wyrazistych, a równocześnie niejednoznacznych i skomplikowanych postaci. Nawet intrygi dworskie w jego wydaniu to zabawy przedszkolaków. Nie ma zdolności Tolkiena, Jordana, a nawet Feista, do tworzenia zapierających dech w piersiach światów. Listę zastrzeżeń mógłbym mnożyć. Jasne, stworzył oryginalne uniwersum, ale bycie oryginalnym to trochę mało. We wszystkich dotychczasowych powieściach jego największym atutem była akcja. Fundował czytelnikowi zaskakujące zwroty akcji. Umiał budować napięcie. Doprawiał wszystko odpowiednią dawką tajemniczości. Tu jego wysiłki wypadają karykaturalnie, bo Kaladin jest zbyt jednowymiarowy, by racjonowanie informacji z jego przeszłości mogło mieć jakieś znaczenie. Ta przeszłość jest zbyt oczywista. Nie ma tam nic, co mogłoby czytelnika zaskoczyć. Choć może zdumiewa niezdolność do wyciągania wniosków przez Kaladina.
Weźmy choćby na warsztat ojca Kaladina. Odmawiał przyjmowania wynagrodzenia za swoje usługi, a oczekiwał jedynie dobrowolnych datków. Na pozór wydaje się to godne pochwały. Ale zastanówmy się nad tym głębiej. Jak mogli miejscowi interpretować taką postawę? Ten człowiek uważa się za lepszego od nas! Uważa, że nie stać nas na zapłacenie uczciwego honorarium! Uważa, że robi nam łaskę! A przecież oczekuje od nas czegoś w zamian, tyle że nie jest łaskaw nazwać tego honorarium! Cóż za połączenie arogancji i pogardy! Każdy z tych ludzi ciężko pracował. Ojciec Kaladina mógł dopasować oczekiwane wynagrodzenie do ich możliwości. Wolał się jednak kreować na kogoś lepszego. Tymczasem jego moralność pozostawia wiele do życzenia. Kaladin nie chce dostrzec źródeł niechęci miejscowych do ojca. Woli przyjąć, że to spisek jasnookiego. Co nam to mówi o bohaterze? A o autorze?
Mógłbym jeszcze długo pastwić się nad autorem, ale może teraz przytyk w stronę wydawnictwa. Nie wiem, dlaczego nie została wykorzystana oryginalna okładka autorstwa Michaela Whelana. Doskonale oddawała klimat powieści. Nie dziwią mnie zachwyty samego autora. Okładka polskiego wydania, choć ładna, nijak ma się do powieści. Kolczuga to nie to samo, co zbroja płytowa, którą nosili Odpryskowi.
Opis fabuły, zaprezentowany na okładce, też pozostawia wiele do życzenia. Kaladin nie był nigdy chirurgiem, a tylko synem chirurga, co jest fundamentalną różnicą. Z kolei ktoś, kto gotów jest twierdzić, że arcyksiążę Dalinar jest owładnięty żądzą krwi, najwyraźniej za punkt odniesienia wziął Kubusia Puchatka. Jasne, w porównaniu z Kubusiem Puchatkiem, jest to przerażająca postać. Jednak jest to opis równie prawdziwy, jak stwierdzenie, że Hannibal Lecter był ceniącym wartości rodzinne miłośnikiem oryginalnej kuchni.