Ludzie muszą się chronić pod ziemią. Na powierzchni narażeni są na ataki Krelli, czyli obcych, którzy z niejasnych powodów toczą wojnę z ludźmi. Taki stan trwa od dawna. Od kiedy ludzka flota wylądowała na planecie. Jednak teraz ludzie gotowi są wreszcie do walki o dostęp do powierzchni. Powstają siły powietrzne. Ich członkowie to elita społeczeństwa. Na ich barkach spoczywa odpowiedzialność za dalsze losy ludzkości.
Spensa od dzieciństwa marzy, by zostać pilotem. Chce walczyć z Krellami. Poza tym jest przecież córką pilota. Tyle tylko, że właśnie jej ojciec stanowi problem. Przed laty stchórzył podczas bitwy powietrznej i został za to zestrzelony przez swoich. Przynajmniej taka jest wersja oficjalna, w którą Spensa nie wierzy. Nie ma jednak znaczenia, w co wierzy, a w co nie, bo dostanie się do szkoły pilotów okaże się dla niej niezwykle trudnym zadaniem. Czy uda jej się pokonać przeciwności?
Sanderson już wcześniej tworzył powieści dla młodzieży. Tym razem jednak dla zdecydowanie młodszej. Niestety, przełożyło się to fatalnie na całość. Bohaterka jest nieskomplikowaną osobą, niezbyt rozgarniętą i o wyjątkowo wąskich horyzontach. Od początku budziła we mnie antypatię. Fabuła jest linearna do bólu. O zwrotach akcji można zapomnieć. Nic tu nie jest w stanie zaskoczyć czytelnika. Wyjątkiem być może jest grupa docelowa, czyli 12-latki, które sięgnęły po pierwszą powieść w życiu. Dla nich to może być odkrywcze. Do tego roi się tu od nielogiczności i epizodów brutalnie gwałcących rozum. Trudno to zdzierżyć.
Podsumowując, jest to wyjątkowy gniot. Odnoszę wrażenie, że Sanderson, który wcześniej kolejnymi powieściami udowadniał, że doskonale zna się na rzemiośle pisarskim, a do tego jest niezwykle pomysłowy, teraz postanowił dowieść, że jest grafomanem. W końcu fabuła "Do gwiazd" to jakieś popłuczyny po wielu starych powieściach s-f. Do tego ignorująca osiągnięcia techniczne ostatnich lat. W efekcie głupota tu goni głupotę.