W katedrze w Kolonii dochodzi do brutalnej masakry. Towarzyszy temu nietypowa kradzież. Mordercy zabierają z katedry relikwie Trzech Króli, ale pozostawiają złoty relikwiarz i inne cenne przedmioty. Gdyby chodziło tylko o kradzież, nie doszłoby do masowego mordu. Zapewne miała to być swego rodzaju demonstracja siły. Tylko kto i w jakim celu jej dokonał?
Zaniepokojony Watykan zwraca się o pomoc do Waszyngtonu. Do akcji wkracza Sigma Force. Będzie musiała zmierzyć się z tajemniczą sektą sięgającą korzeniami czasów średniowiecza. A najgorsze, że na każdym kroku czai się zdrada i nikomu nie można ufać.
Historia prowadzi czytelnika od zagadki do zagadki. Dużo tu podobieństw do twórczości Dana Browna. Może był to zamierzony pastisz?
Fabuła skonstruowana jest według starej zasady "zabili go i uciekł". Bohaterowie tyle razy ratują się z opresji w cudowny sposób, że drastycznie przekracza to granice prawdopodobieństwa. Trzeba jednak przyznać, że narracja trzyma w napięciu.
Rollins miksuje fakty i fikcję, tworząc koktajl, który miejscami jest ledwo strawny. Mnóstwo tu teorii spiskowych. Obowiązkowo musieli się zatem pojawić templariusze. Czym byłaby teoria spiskowa bez templariuszy? Uff, jakoś to zniosłem. Choć przyznaję, że irytuje mnie nadmierne deformowanie rzeczywistości. Wiem, że powinienem to sklasyfikować jako fantastykę i wtedy nie byłoby problemu, ale wielu czytelników może sie pogubić i uznać książkę za sensację opartą na faktach. Zresztą autor stara się coś takiego wmówić czytelnikowi w posłowiu.
W sumie mam do tej książki niejednoznaczny stosunek. Może i powinienem być urażony, że był to gwałt na rozumie, ale w zasadzie lektura była nawet przyjemna. Udało mi się zachować właściwy dystans, a to najważniejsze.