Recenzje
 
 
 
 
 
Recenzje Karola
 
James Rollins
"Czarny zakon"
James Rollins Czarny zakon

W ostatnich dniach II wojny światowej grupa nazistów ucieka z Breslau, czyli z Wrocławia, przed żołnierzami Armii Czerwonej. Zabierają ze sobą tajemnicę badań prowadzonych w wykutych w Sudetach podziemnych korytarzach. Badania te dość nieoczekiwanie ujrzą światło dzienne w czasach współczesnych. Zanim to się stanie, dochodzi do dramatycznych wydarzeń w Himalajach. Mnisi jednego z klasztorów buddyjskich padają ofiarą tajemniczej choroby. Trafia tam młoda amerykańska lekarka Lisa Cummings, która przypadkiem jest w okolicy i zgadza się zająć chorymi. Przekonuje się, że jednym z objawów choroby jest szaleństwo, które sprowadziło śmierć na większość mnichów. Na jej nieszczęście, choroba nie ma przyczyn naturalnych, a ci, którzy są odpowiedzialni za jej wywołanie, chcą pozbyć się wszelkich śladów. Tylko dzięki temu, że w klasztorze przebywa Painter Crowe, dyrektor Sigmy, udaje jej się ujść z życiem, ale czy uda im się uciec przed pościgiem? Tym bardziej, że Crowe również wykazuje objawy choroby.

W tym samym czasie, gdy Lisa i Painter brną w śniegach Himalajów, w Kopenhadze prowadzi śledztwo agent Sigmy, Grayson Pierce. Wygląda ono na pozór niewinnie, bo dotyczy obrotu książkami. Sigma zarejestrowała wzmożone zainteresowanie środowisk powiązanych z organizacjami terrorystycznymi książkami pochodzącymi z epoki wiktoriańskiej. Możliwość, że u terrorystów obudziły się, skrywane dotąd, skłonności bibliofilskie, była na tyle nikła, że na wszelki wypadek postanowiono się przyjrzeć sprawie. Pierce zadania nie traktuje zbyt poważnie aż do czasu, gdy wokół zaczynają ginąć ludzie, a on sam staje się celem zamachów. Nie wie, że trafił na trop prowadzący do ludzi zaangażowanych w działania, których efektem była tajemnicza choroba w Himalajach. W ten oto sposób, niejako przypadkiem, Sigma zostaje wplątana w niezwykłą rozgrywkę, w której stawką - jakżeby inaczej - jest przyszłość ludzkości.

Właściwie mógłbym w podsumowaniu powtórzyć wiele z tego, co napisałem w recenzji "Burzy piaskowej". Tempo akcji zawrotne. Napięcie nie spada nawet na chwilę. Kiedy bohaterowie jakoś umknęli przed jednym niebezpieczeństwem, już trafiają na kolejne. Spiętrzanie niebezpieczeństw to znak firmowy autora. Czytelnik nie ma prawa oderwać się od lektury, a już tym bardziej nie ma czasu na głębszą refleksję. Ma trwać w bezdechu przez wiele stron, by w napięciu oczekiwać, jakim to niezwykłym sposobem bohaterowie kolejny raz unikną śmierci lub, co najmniej, kalectwa. Czytając trzecią książkę Rollinsa byłem już odpowiednio nastawiony, wiedziałem czego oczekiwać, więc świetnie się bawiłem. Jest to bardzo sprawnie przygotowana mieszanka sensacji, przygody i fantastyki. Wiadomo z góry, że bohaterom musi udać się wyjść cało z tarapatów. To nie to, co u takiego George'a R. R. Martina, który nie oszczędza bohaterów (w jednym z wywiadów ostatnio stwierdził, że przecież nikt nigdy nie wychodzi bez uszczerbku z całej serii nieszczęść - może udać się kilka razy, jednak nie zawsze), ale to przecież inna klasa literatury. U Rollinsa jedyną niewiadomą jest, w jaki sposób bohaterowie kolejny raz oszukają śmierć. Autor wykazuje się tutaj dużą pomysłowością. Zresztą jestem pełen podziwu dla jego kreatywności. Potrafi doskonale mieszać wiedzę z różnych dziedzin: historia, biologia, fizyka itd., doprawić to odpowiednią dawką wyobraźni i zaserwować czytelnikowi w niezwykle atrakcyjnej formie. Generalnie, jest to bardzo dobra rozrywka na letnie miesiące, gdy się człowiek chce odprężyć.

     
 
Site copyrights© 2011 by Karol Ginter