Recenzje
 
 
 
 
 
Recenzje Karola
 
"Rakietowe szlaki"
tom 1
Rakietowe szlaki tom 1

Na jednej z półek mojego księgozbioru stoi osamotniony drugi tom "Rakietowych szlaków" z 1978 roku. Oba tomy zdobyłem w antykwariacie w połowie lat 80-tych. Były to czasy, gdy nawet książka była towarem deficytowym. Niestety, pierwszy tom pożyczyłem komuś i już nigdy go nie odzyskałem. Kiedy zatem wypatrzyłem w księgarni nową antologię s-f pod starym tytułem, poczułem wewnętrzny przymus i nabyłem pierwszy tom tytułem próby. W dzisiejszych czasach ostrożności nigdy dosyć, bo żerowanie na sentymencie klienta to jeden ze skuteczniejszych trików marketingowych. Inna sprawa, że dodatkową rekomendacją było nazwisko Lecha Jęczmyka, który dokonał wyboru utworów, a którego pamiętam z czasów, gdy byłem regularnym czytelnikiem "Nowej Fantastyki".

Każdy wybór jest sprawą subiektywną. Kilka opowiadań zostało powtórzonych z antologii z 1978 roku. Właściwie połowę z wszystkich zebranych w tomie opowiadań kiedyś czytałem. Nawet jeśli nie wszystkie pamiętałem zaczynając lekturę. Zdążyłem zapomnieć chociażby opowiadanie "Kontrolex" Roberta Zacksa. Kiedy czytałem je w połowie lat 80-tych, nie byłem świadom - tak jak większość mieszkańców bloku wschodniego - jak wygląda ochrona własności intelektualnej. Karykaturalne przerysowanie tego zjawiska nie wywarło na mnie chyba wówczas wielkiego wrażenia, skoro nie pozostawiło żadnego śladu w pamięci. Za to teraz, podczas ponownej lektury, mogłem docenić wartość tego pomysłu.

Inne zapomniane przeze mnie opowiadanie to "Człowiek ze swoim czasem" Aldissa. W tym przypadku było to jak najbardziej uzasadnione. Od czasu lektury "Kryptozoiku" autor jest u mnie na cenzurowanym i jedynie utwierdzam się w domysłach, że przesadzał z używkami. Wprawdzie pobudzały one kreatywność, ale pozbawiały zdolności logicznego myślenia. Kusi mnie, by rozłożyć to opowiadanie na atomy i zmiażdżyć kompletnie, ale tylko bym dowartościował je tym sposobem. I tak w pewnym sensie to zrobiłem, zauważając jego istnienie.

Co ciekawe, w pamięci zachowałem wspomnienie lektury opowiadania Williama Tenna "Berni Faust". Rozbawiło mnie ono po raz kolejny. W końcu, dość zabawna jest koncepcja pierwszego kontaktu na zasadzie spotkania cwaniaczka z kosmosu z cwaniaczkiem z Ziemi.

Jęczmyk musi wysoko cenić humor w opowiadaniach s-f, bo zabawnych opowiadań jest tu całkiem sporo. Oprócz wspomnianych "Kontrolexu" i "Berniego Fausta" byłyby to "Skalpel Occama" Sturgeona (o interesującej mistyfikacji), "To niemożliwe" Bilenkina (o spotkaniu naukowca ze zjawiskiem lewitacji), "Profesor opuszcza scenę" Kuttnera (o niesamowitej rodzince mutantów), czy "Bitwa" Sheckley'a (o Armageddonie, który skończył się w sposób niezupełnie zgodny z oczekiwaniami strony zwycięskiej). Śmiech wywołuje także "Tęsknota" Kupferberga, choć ani to opowiadanie, ani s-f. Tak na marginesie, jest to jeden z dwóch tekstów, które - choć dobre - do zbioru zupełnie nie pasują. W końcu, co ma wspólnego z s-f utrzymana w konwencji legendy opowieść o japońskim wojowniku ninja ("Tajemniczy dom" Nagibina)? Wytłumaczyć to można tylko sentymentem Jęczmyka do tych tekstów.

Generalnie, w moim odczuciu, zdecydowana większość opowiadań w zbiorze jest bardzo dobra. Zastanawiam się tylko, czy nie jest to kwestia podobnego sentymentu, jaki cechował Jęczmyka przy dokonywaniu selekcji. Może chodzi o to, że wiele tych opowiadań znałem i mam do nich stosunek emocjonalny? Nie ma nic odkrywczego w stwierdzeniu, że lubimy to, co znamy. Przykładowo "Najdłuższy obraz świata" Lafferty'ego czytałem zaczynając edukację w szkole średniej. Wciąż pamiętam tamte chwile. Czy gdybym czytał je pierwszy raz dzisiaj, nie krzywiłbym się przypadkiem, że pomysł na taką a nie inną formę utrwalania obrazu w dobie cyfryzacji trąci myszką?

Z drugiej strony, wśród tej połowy opowiadań, których nie znałem, też większość mi się spodobała. Weźmy, na przykład, takie opowiadanie Ilji Warszawskiego "Ucieczka". Dość ponure i pesymistyczne, a jednocześnie jak trafnie diagnozujące mechanizmy manipulacji. Aż dziw, że utwór tak demaskatorski mógł w ogóle się ukazać w ZSRR w tamtych czasach. Czyżby metafora okazała się nieczytelna dla cenzorów? Swoją drogą, przesłanie opowiadania jest dużo bardziej uniwersalne. Złudzenia mają wielką moc. Truizmem jest stwierdzenie, że wiara czyni cuda.

Całkiem inny, choć przecież także przewrotny, jest tekst Gordona R. Dicksona "Mów mu, Panie". Autora znałem z dwóch cykli powieściowych, które lata temu ukazały się nakładem "Amberu". W jego opowiadaniu Ziemia jest skansenem, tyle tylko, że nie chodzi o zachowanie dla potomnych kultury, czy zabytków, ale człowieka. Ludzkość dokonała podboju kosmosu i prowadzi ciągłą ekspansję, co niesie ze sobą duże ryzyko dla gatunku, więc potrzebny jej jest niczym nieskażony wzorzec, punkt odniesienia. Czy w naszym świecie, który zmienia się w tak zawrotnym tempie, zauważymy to samo zagrożenie, na które zwrócił uwagę Dickson, zanim będzie za późno? Cywilizacja techniczna i konsumpcjonizm przeobrażają człowieka fizycznie i psychicznie w tempie niespotykanym dotąd w historii ludzkości. Dotychczasowe systemy wartości obracają się w gruzy. Nie jesteśmy w stanie stwierdzić, czy zmiany idą w dobrym, czy złym kierunku. Historia XX wieku pokazała, że wiara w postęp z końca XIX wieku była tylko kolejnym złudzeniem ludzkości. Z drugiej strony, ci którzy wieścili zagładę atomową lub inną formę Apokalipsy, okazali się nadmiernymi pesymistami. Rzeczywistość - jak to ma w zwyczaju - zaskoczyła wszystkich.

Nie będę nadmiernie przeciągał swoich refleksji. Konkluzja jest taka: trzeba sięgnąć po kolejny tom, bo ten był naprawdę niezły.

     
 
Site copyrights© 2011 by Karol Ginter