Był 16 października 1497 roku. Dowodzona przez Jana Olbrachta armia polska bezskutecznie oblega od ponad trzech tygodni Suczawę, najpotężniejszą twierdzę ziem wołoskich. Jednym z istotnych problemów jest utrzymanie porządku i dyscypliny w armii. Nic dziwnego, że regularnie odbywają się posiedzenia sądów. Spraw do rozpatrzenia jest wiele. Jednym z pozwanych jest Mikołaj Łabiski. Prowodyr grupy, która napadła na Marcina Chwalikowskiego. Z grupy napastników jedynie Mikołaj Łabiski został wymieniony imiennie. To on pobił Chwalikowskiego do krwi. Co więcej, zgolił pobitemu Chwalikowskiemu włosy z głowy. Można zapytać, co w tym szczególnego? Jeszcze jeden warchoł postawiony przed wymiarem sprawiedliwości. Tyle tylko, że nietypowy.
Mikołaj Łabiski nie próbuje zaprzeczać stawianym mu zarzutom. Wybiera inną linię obrony. Oznajmia, że jest duchownym i jako taki podlega innej jurysdykcji. Mniej zorientowanym wyjaśniam, że społeczeństwo ówczesne było podzielone na stany: szlachtę, duchowieństwo, mieszczaństwo i chłopów. Nie było równości wobec prawa. Co za tym idzie, każdy stan podlegał innemu sądownictwu. W przypadku duchownych zastosowanie miało prawo kanoniczne. A ono nie dopuszczało możliwości osobistego udziału w walkach. Udział w wojnie lub posługiwanie się bronią skutkowały zakazem uzyskania święceń. Występek taki określany był mianem braku łagodności chrześcijańskiej. Osoba, która popadła tym sposobem w konflikt z prawem kanonicznym musiała starać się o dyspensę.
O dyspensę taką zabiegał chociażby Zbigniew Oleśnicki. W trakcie bitwy pod Grunwaldem powalił rycerza Dypolda z Kökritz. Co ciekawe, zabiegi o dyspensę miały miejsce dopiero w 1423 roku, gdy Oleśnicki został biskupem-elektem, a to pociągało za sobą konieczność przyjęcia święceń. Najwyraźniej wcześniej zupełnie mu nie przeszkadzało, iż popadł w konflikt z prawem kanonicznym. Może właśnie pewnym lekceważeniem prawa kanonicznego należy tłumaczyć fakt, że w źródłach spotykamy duchownych biorących osobiście udział w pospolitym ruszeniu. Nie zawsze jednak możemy mieć pewność, jaki był charakter tej obecności. Zajmowali się tylko posługą duchowną, czy może walczyli w szeregach pospolitego ruszenia?
W tym miejscu wypada wyjaśnić, kto był zobowiązany do udziału w pospolitym ruszeniu. Wbrew utrwalonym opiniom, obowiązek udziału w wyprawach wojennych nie ograniczał sie wyłącznie do szlachty. Bliższe prawdy jest stwierdzenie, że powinności wojskowe dotyczyły posiadaczy dóbr ziemskich. W przypadku duchowieństwa musimy jednak zauważyć, że inaczej traktowano dobra będące własnością instytucji kościelnych, a inaczej dobra prywatne poszczególnych duchownych.
Kościół w zasadzie wywalczył sobie zwolnienie od obowiązku obsyłania pospolitego ruszenia. W zasadzie, gdyż punktem wyjścia dla twierdzeń o wolności Kościoła od powinności wojskowych była akcja immunizacyjna, która w większości uwolniła posiadłości kościelne od tego ciężaru. I tu dotykamy drażliwej sprawy. Immunitet przyznawany był konkretnym posiadłościom, a nie instytucjom kościelnym. Dlatego dość upowszechniony w opracowaniach historycznych pogląd, iż akcja immunizacyjna definitywnie zwolniła dobra kościelne od obowiązku udziału w wyprawach wojennych o charakterze zaczepnym, niezupełnie zgadza się ze stanem faktycznym. Dotyczyło to jedynie dóbr już posiadanych, ale nie oznaczało, iż automatycznie Kościół mógł uzurpować sobie prawo do rozszerzenia tego przywileju na dobra nabywane w przyszłości. Dlatego też instytucje kościelne nierzadko zabiegały o to, by świeżo nabyte obszary uzyskały zwolnienie od obowiązku obsyłania pospolitego ruszenia. Tak było przykładowo w 1479, gdy Jan Długosz nabył dobra dla klasztoru kartuzów. Kazimierz Jagiellończyk wystawił wówczas specjalny przywilej, w którym zwolnił te dobra od obowiązku wysyłania na wyprawę wojenną kannego strzelca.
Pozycja Kościoła była jednak na tyle silna, że mógł obstawać przy stanowisku, jakoby przywilej zwolnienia od obowiązku udziału w pospolitym ruszeniu dotyczył wszystkich dóbr - zarówno tych już posiadanych w momencie wydania przywilejów, jak i tych, które były nabywane w późniejszym czasie.
Bulwersowało to szlachtę. Zachowało się do naszych czasów laudum z 1434 roku, z którego dowiadujemy się, iż szlachta domagała się od instytucji kościelnych obsyłania wypraw wojennych ze wsi nabytych w przeciągu ostatnich 40 lub nawet i więcej lat. Na tym zresztą szlachta nie poprzestała. O ile jednak w powyższym przypadku żądała, o tyle jedynie prosiła, aby instytucje kościelne - mimo że posiadały przywileje zwalniające je od udziału w wyprawach wojennych - rozważyły możliwość wsparcia wysiłków wojennych, czego przecież przywileje te nie wzbraniały. Być może i była to prośba, ale stał za nią szantaż. Zasugerowano bowiem, że duchowieństwo cieszyłoby się odtąd z faktu, iż dobra chłopów we wsiach należących do instytucji kościelnych nie będą już niszczone przez ciągnących na wyprawy.
Zjawisko plądrowania dóbr polskiego Kościoła przez polską szlachtę w trakcie wypraw wojennych miało charakter nagminny. Piętnował to zjawisko Kościół. Karami groziło ustawodawstwo od czasów Kazimierza Wielkiego. Nie pomagało. Można odnieść wrażenie, że napadając na dobra kościelne szlachta rekompensowała sobie wydatki ponoszone w związku z koniecznością udziału w pospolitym ruszeniu. Wyekwipowanie się i zaopatrzenie w żywność mogło niejednego ubogiego szlachcica zrujnować. Równoczesne zwolnienie zasobnych instytucji kościelnych od tego ciężaru mogło budzić zawiść. Ciekawe, że - zdaniem wielkopolskiego starosty generalnego Jana Ostroroga - zrodził się nawet wśród szlachty pogląd, jakoby prawo dopuszczało pustoszenie dóbr kościelnych przez rycerstwo ciągnące na wojnę. Ostroróg nie przebierał w słowach i zwolenników tej tezy nazwał głupcami, wzywając równocześnie do karania winnych napaści na dobra kościelne w okresie wypraw wojennych na równi z innymi grabieżcami.
Najprawdopodobniej fakt zwolnienia dóbr Kościoła od powinności wojskowych był jedynie dogodnym pretekstem dla żądnej łupów szlachty. W końcu także i inne dobra grabiono przy okazji ciągnięcia na miejsce zbiórki pospolitego ruszenia. Przerażające świadectwo kraju spustoszonego przez pospolite ruszenie dał sekretarz wielkiego mistrza Jana Tiefena, Liboriusz Naker. Towarzyszył on wielkiemu mistrzowi, gdy ten na czele posiłków krzyżackich udawał się na wyprawę mołdawską w 1497 roku. Polska miała być splądrowana do tego stopnia, że nie sposób było nawet kupić żywności. Ciągnące na wojnę pospolite ruszenie puszczało z dymem miasta i wioski. Chłopi z bydłem i dobytkiem kryli się po lasach, tworząc samozwańcze oddziały samoobrony. Ich ofiarą padali nierzadko niewinni ludzie, których jedynym przestępstwem był fakt, że byli obcy. Sami Krzyżacy też wkrótce zostali - zapewne nie bez podstaw - oskarżeni o to, iż plądrują kościoły oraz domy biednych ludzi i zabierają wszystko, co tylko można ruszyć z miejsca.
Powróćmy jednak do kwestii powinności wojskowych instytucji kościelnych. Powołując się na swoje przywileje Kościół nie raz odmawiał pomocy w czasie wypraw wojennych. Według kroniki Janka z Czarnkowa, gdy w latach 70-tych XIV wieku Ludwik Węgierski przygotowywał się do wojny z Litwinami, zwrócił się z prośbą do polskich biskupów i kapituł katedralnych, aby wsparli go dostarczając zbrojnych ze swoich dóbr. Biskupi odmówili, twierdząc, że nie posiadają żadnych zbrojnych, których mogliby wysłać. Jan Długosz uzupełnił to komentarzem, że nie chcieli poddać Kościoła w zależność od władcy. Można przyjąć, iż obawiali się niebezpiecznego precedensu, na mocy którego musieliby odtąd stale obsyłać pospolite ruszenie.
Z 1439 roku zachowało się pismo Władysława Warneńczyka, w którym ogłaszał on wyprawę wojenną, nakazując udział w niej m.in. ziemianom duchownym, grożąc w razie niestawiennictwa karą śmierci i konfiskatą majątku. Nie wiadomo jednak, czy adresował to wezwanie do instytucji kościelnych posiadających dobra ziemskie, czy też może raczej do duchownych, którzy prywatnie byli właścicielami majątków ziemskich. Z dużym prawdopodobieństwem można założyć, iż chodziło jednak o tych ostatnich.
W czasie wojny trzynastoletniej, podczas zjazdu w Piotrkowie w 1463 roku uchwalono, że duchowieństwo na równi ze świeckimi miało obesłać wyprawę wojenną do Prus. Uchwała ta spotkała się ze zdecydowanym oporem duchowieństwa, wobec czego w ogóle nie doszło do zwołania pospolitego ruszenia.
Takie przykłady nieudanych prób obciążenia Kościoła powinnościami wojskowymi można byłoby mnożyć. Warto jednak zauważyć, iż niektórzy hierarchowie kościelni wyłamywali się z tej antywojennej solidarności i wspierali króla posiłkami wojskowymi. Opisując chorągwie polskie pod Grunwaldem w 1410 roku, Jan Długosz wymienił jako dwudziestą czwartą chorągiew arcybiskupa gnieźnieńskiego Mikołaja Kurowskiego, a jako dwudziestą piątą chorągiew biskupa poznańskiego Wojciecha Jastrzębca. Czy chorągwie te wystawiły zatem arcybiskupstwo gnieźnieńskie i biskupstwo poznańskie? Nie wiadomo. Mogły to być również chorągwie prywatne tych dygnitarzy.
Bardziej jednoznaczne są informacje dotyczące kolejnego konfliktu z Zakonem. W 1414 roku, przy okazji wojny głodowej, wspólnie wyprawili chorągiew arcybiskup gnieźnieński Mikołaj Trąba i biskup krakowski Wojciech Jastrzębiec. Tym razem była to z całą pewnością formacja ekwipowana na koszt biskupstw, gdyż wyżej wymienieni hierarchowie zażądali od króla pisemnego potwierdzenie, iż nie będzie to precedensem na przyszłość i dobra biskupie pozostaną zwolnione od obowiązku obsyłania pospolitego ruszenia. Mamy więc dowód, że Kościół obsyłał wyprawy wojenne, choć formalnie był od tego zwolniony.
Można jeszcze wspomnieć o wypadkach z roku 1466, kiedy to do oblężenia Chojnic i wsparcia zaciężnych król wysłał swe oddziały nadworne, do których dołączyły m.in. oddziały Jana ze Sprowy, arcybiskupa gnieźnieńskiego, i Jakuba z Sienna, biskupa włocławskiego.
O ile można przyjąć, że zabiegi Kościoła, by jego dobra uzyskały zwolnienie od obowiązków wojskowych, zakończyły się sukcesem, o tyle dobra prywatne duchownych takich przywilejów nie uzyskały. Jeden z przepisów statutu małopolskiego Kazimierza Wielkiego postanawiał, że duchowni posiadający dobra ziemskie, którzy dotychczas - zasłaniając się przynależnością do stanu duchownego - nie brali udziału w wyprawach wojennych, musieli odtąd albo osobiście uczestniczyć w każdej wyprawie wojennej, albo przekazać te dobra w ręce świeckich krewnych. Gdyby duchowni nie zastosowali się do powyższych postanowień, ich własność przepadała na rzecz króla.
Warto zauważyć, że Kościół nie sprzeciwił się tej regulacji, a można nawet podejrzewać, iż powstała ona po konsultacjach ze środowiskami kościelnymi. Być może po 1359 roku, kiedy to wydana została ordynacja biskupa krakowskiego Bodzanty, nakładająca na duchownych będących w posiadaniu dóbr ziemskich obowiązek udawania się na wyprawy wojenne u boku króla. W jaki sposób Kazimierz Wielki uzyskał zgodę biskupa na ustanowienie przepisu sprzecznego z prawem kanonicznym, zabraniającym duchownym bezpośredniego udziału w wojnie? O tym, by chodziło jedynie o zapewnienie posług duchownych nie może być mowy.
Jan Długosz sugerował, że wydanie powyższej ordynacji przez biskupa Bodzantę zakończyło spory między duchowieństwem krakowskim a szlachtą. Był to zatem jakiś kompromis. Czyżby szlachta żądała wówczas jeszcze więcej? Może - tak jak nierzadko później - obarczenia instytucji kościelnych takimi samymi powinnościami wojskowymi, jakie ciążyły na świeckich posiadaczach dóbr ziemskich? Trzeba wspomnieć, iż Kazimierz Wielki zaczął egzekwować świadczenia z posiadłości należących do biskupstwa krakowskiego pod pozorem, że należały one wcześniej do rycerstwa. W każdym razie faktem stało się obciążenie duchownych obowiązkiem osobistego udziału w wyprawach wojennych z tytułu posiadania prywatnych dóbr ziemskich. Późniejsza praktyka wskazuje jednak, iż przepis ten nie był odczytywany dosłownie. Duchowny mógł w swoje miejsce wyprawić zastępcę.
W pospolitym ruszeniu obowiązywała generalnie zasada osobistego udziału właściciela lub posiadacza dóbr ziemskich. Egzekwowano ją bez względu na to, czy ów właściciel był szlachcicem, mieszczaninem, czy nawet chłopem. Co ciekawe, na gruncie prawa dopiero ustawa z 1477 roku - i to tylko pośrednio - wspomniała o wystawianiu w swoje miejsce zastępców przez wdowy, duchowieństwo i słabych (infirmi). Nie oznacza to bynajmniej, że wcześniej ich nie wystawiano. Nie wiemy jedynie od kiedy. Nie można mieć wprawdzie pewności, iż od początku przepis nakazujący osobisty udział duchowieństwa w wyprawach wojennych pozostawał jedynie na papierze i wystarczyło wyprawienie zastępcy, ale wśród najstarszych informacji dotyczących zastępowania właścicieli dóbr ziemskich są informacje o duchownych. Należy jednak zastrzec, że informacje te pochodzą już z XV wieku.
W 1433 roku ogłoszono pospolite ruszenie w związku z wojną z Zakonem. 6 czerwca tego roku przed sądem burgrabiego kaliskiego stawił się Marcin, proboszcz z Kuchar i wyprawił ze swych dóbr dziedzicznych posiadanych w Głuskach jako zastępcę Jana z tychże Głusek. W późniejszych rejestrach dość często pojawiali się duchowni jako właściciele dóbr ziemskich wysyłający w swoje miejsce zbrojnych.
Tak samo postąpił 21 sierpnia 1497 roku wspomniany na początku Mikołaj Łabiski. Wraz z bratankami, z którymi pozostawał w niedziale, czyli wspólnocie majątkowej, a którzy nie osiągnęli odpowiedniego wieku, by samodzielnie uczestniczyć w pospolitym ruszeniu, wystawił na wyprawę swego sługę Stanisława z Dąbrowa jako konnego strzelca u boku szlachcica Andrzeja Dorpowskiego.
Wydawałoby się, że tym sposobem Mikołaj Łabiski, proboszcz z Janczewa, zadośćuczynił powinnościom wojskowym. Co w takim razie robi parę miesięcy później pod Suczawą? Poszkodowany Marcin Chwalikowski twierdzi przed sądem, że Łabiski wyruszył na wyprawę wojenną za siebie i bratanków. A skoro tak, to powinien podlegać sądownictwu świeckiemu. Sąd jednak zdecydował się oddać sprawę do rozstrzygnięcia wojewodzie. Jaki był koniec sporu, nie wiadomo, gdyż źródło o tym nie wspomina. Natomiast Mikołaj Łabiski na tyle zasmakował w wojennym rzemiośle, iż wziął udział także w wyprawie ogłoszonej przez Jana Olbrachta w 1498 roku.
Proboszcz Mikołaj Łabiski to przykład duchownego, który nie dość, że brał udział w wyprawie wojennej, to miał naturę awanturnika. We fragmentarycznym materiale źródłowym jaki zachował się do naszych czasów z późnego średniowiecza, trudno znaleźć drugą taką osobę. Jeśli nawet źródło informuje nas o obecności duchownych na wyprawie wojennej, to nie możemy mieć nigdy pewności, co do charakteru tej obecności. Mogła to być jedynie służba duszpasterska. Warto jednak pamiętać, iż w późnym średniowieczu trafiali się także krewcy duchowni, którzy chcieli zakosztować rycerskiego rzemiosła. Tacy właśnie jak Mikołaj Łabiski.