Pendergast ściga porywaczy, którzy uprowadzili jego żonę. Wie, że musi stawić czoła organizacji sięgającej swymi korzeniami II wojny światowej i nazizmu, która kontynuuje eksperymenty zapoczątkowane w obozach koncentracyjnych. Nie zdaje sobie jednak sprawy, jak bardzo ta organizacja ingerowała już wcześniej w jego życie. Kiedy zatem w Nowym Jorku zaczyna grasować tajemniczy seryjny morderca, okazuje się, że ma to ścisły związek zarówno z przeszłością Pendergasta, jak i z tajną organizacją nazistów. Wróg jest tym razem wyjątkowo potężny, a od sukcesu Pendegasta zależą losy świata.
Fabuła tego tomu zdryfowała wyraźnie w stronę fantastyki. W moim mniemaniu aż za bardzo. Autorzy lubią zapuszczać się na ten grunt, ale czasami przestają się kontrolować i zapominają o potrzebie zachowania chociaż pozorów prawdopodobieństwa i realizmu. W konsekwencji nabieram dużego dystansu do całej narracji, a gdy przestaję się wczuwać, lektura nie sprawia mi takiej przyjemności. To naturalnie kwestia zachowania pewnej konwencji i mojego nastawienia. Lubię fantastykę, ale sięgając po tę książkę nie oczekiwałem fantastyki. To tak, jakbym poszedł do kina na horror, a zamiast mnie przestraszyć, twórcy filmu uraczyliby mnie radosną komedią romantyczną. Nie tego oczekiwałem. Co gorsza, autorzy pokazali nazistów w tak groteskowo karykaturalny sposób, że nie sposób ich traktować poważnie. Wyglądało to tak, jakby wiedzę o nazizmie czerpali z komiksów. Mamy więc bandę wyzutych z zasad szaleńców, którzy pragną władzy nad światem. Jasne, tak ich się często portretuje na potrzeby maluczkich, tylko skąd w takim razie brała się ich skuteczność i taka fascynacja nazizmem na całym świecie, Stanów Zjednoczonych nie wyłączając (chociażby ojciec JFK)? Jak na grupę obłąkanych przystało, naziści chcą wyhodować rasę nadludzi. Pomysł tak wyeksploatowany, że śmierdzi zepsuciem na odległość. Zdecydowanie wolałem, kiedy nieco podobną koncepcję, ale na wesoło, potraktował Boris Vian (pod pseudonimem Vernon Sullivan) w książce "I wykończymy wszystkich obrzydliwców". Przynajmniej było to zabawne.
Nie bardzo wiem, jak ustosunkować się do przeobrażenia Pendergasta w superbohatera. Już na ostatnich stronach "Bez litości" poczynał sobie niczym Rambo. Oczywiście tylko wtedy, gdy było to wygodne autorom. W tym tomie popisuje się takimi umiejętnościami, że James Bond i Rambo mogą się schować. No może Superman mógłby od biedy stawić mu czoła, ale tylko pod warunkiem, że wspierałby go Batman. To, że wyszedł cało z postrzału w płuco, co przydarzyło mu się w poprzednim tomie, mogę zrozumieć. Sam miałem dziurę w płucach i chodziłem (o ile mój ówczesny sposób poruszania się można nazwać chodzeniem) z nią przez trzy dni, zanim dopadli mnie chirurdzy. Ale rekonwalescencja była naprawdę wielomiesięczna. Tymczasem Pendergast z niewygojoną raną rzuca się w wir wydarzeń, odnosi kolejne obrażenia, a mimo tego eliminuje swoich przeciwników ze skutecznością, o której Terminator może tylko pomarzyć.
Mogę sobie darować wiele kąśliwych uwag na temat powieści, ale nie mogę nie skomentować epizodu w Brazylii, a konkretnie jego finałowego rozstrzygnięcia. Więzy pokrewieństwa zawsze górą? Jak dorosły i wykształcony człowiek może dać wiarę czemuś, co ckliwością i romantyzmem bije na głowę niejeden serial południowoamerykański? Rozumiem, że akcja toczy się w Brazylii, która sama wiele takich tasiemców dla gospodyń domowych wyprodukowała, ale chyba autorzy nie dali wiary wizji rzeczywistości prezentowanej w tych serialach? Po prostu ręce opadają.
Wystarczy tych złośliwości. Być może wszystko sprowadza się do tego, że w krótkim czasie przeczytałem trzy książki autorstwa Prestona i Child'a. Nastąpiło pewne znużenie. Widzę, za jakie sznurki pociągają autorzy, by manipulować czytelnikiem. Wiem, kiedy spodziewać się zwrotu akcji, bo konstrukcja fabuły jest jednak dość schematyczna i powtarzalna. Zdecydowanie potrzebuję przerwy od ich twórczości. |