Recenzje
 
 
 
 
 
Recenzje Karola
 
Fritz Leiber:
"Zobaczyć Lankmar i umrzeć"
Okładka
Okładka książki nie zachęca do kupna. Myślałem, że tak kiepski druk odszedł w niepamięć już w połowie lat 90-tych. Trudno było nawet zrobić skan na potrzeby recenzji. Pomysł wykorzystania renderowanej grafiki komputerowej był ciekawy. Szkoda, że średnio nawiązuje do treści. Bo kim jest ten facet w fiolecie obok Fafryda? Wprawdzie barwy na okładce zdają się zmierzać w tę samą stronę, w którą zmierzały niegdyś na ekranach radzieckich telewizorów kolorowych, to jednak jeszcze nie wyblakły i nie spłowiały na tyle, by nie dostrzec, że to zdecydowanie fiolet, a nie szarość charakteryzująca Szarego Kocura. Całe szczęście dla wydawcy, iż Steven Erikson, autor świetnego cyklu Opowieści z Malazańskiej Księgi Poległych, napisał kiedyś, że wśród autorów fantasy, którzy fascynowali go za młodu, był m.in. Fritz Leiber. Innych wspominanych ciepło przez Eriksona autorów znałem: Howard, Wagner, czy Burroughs. Nazwisko Leiber kojarzę jednak przede wszystkim z "Wędrowcem", czyli s-f. Kiedy więc zobaczyłem w księgarni, że ukazał się cykl opowiadań fantasy Leibera, natychmiast się nim zainteresowałem. Zanim zainteresowanie przeszło w zakup, a następnie lekturę, upłynęło trochę czasu (okładka w tym czasie nie spłowiała, wyglądała tak od początku). Wstęp do cyklu napisał Andrzej Sapkowski. Bardzo entuzjastyczny. Nic dziwnego zatem, że do lektury przygód Fafryda i Szarego Kocura przystąpiłem z dużymi oczekiwaniami. Może nieco zbyt wygórowanymi.

Największym zgrzytem jest próba uczynienia tekstu bardziej swojskim. Łatwo zaakceptowałem "Fafryda" zamiast "Fafhrda". Zniosłem jakoś "Lodowe Pustacie", choć nie pojmuję, po co takie neologizmy dla przetłumaczenia angielskiego "Cold Waste". Ale już wszyscy ci "Slewiasze", "Krowiasze", "Rannarsze" i inni kończący się na "sz" doprowadzali mnie do furii. Nie rozumiem tego slawizowania. Ach, gdyby tłumacz powściągnął swoje zapędy i ograniczył się do imion i nazw. Niestety. Możemy sobie przykładowo przeczytać, że Szary Kocur "hycnął po schodach". Ja rozumiem, że to jest poprawna polszczyzna. Tylko jak to brzmi! A jest tu jeszcze całe mnóstwo zwrotów mających dodać narracji patyny. Ech, czasami trzeba znać umiar. W efekcie tych zabiegów, w czasie lektury było i przaśnie, i strasznie. Nie mówiąc o wyraźnych potknięciach, typu "w rękopisie pisało" (opowiadanie "Klejnoty w lesie"). Korekta redaktorska nie popisała się.

Pierwsze dwa opowiadania poświęcone były osobno dwóm bohaterom. Akcja pierwszego opowiadania toczy się w rodzinnych stronach Fafryda. Tłumaczy dlaczego opuścił Lodowe Pustkowia (zapomnijmy na moment o tych "Pustaciach"). Historia nie była najwyższych lotów, ale mamy w nim istotną deklarację autora: barbarzyńca nie będzie przedstawiany jako stojący moralnie wyżej od ludzi cywilizowanych. Taką filozofię przemycał Howard. Leiber pokazuje, że zarówno społeczeństwa prymitywne, jak i cywilizowane, mają swoje wady. A jednostka ma kłopoty i tu, i tam, kiedy nie chce podporządkować się regułom życia w stadzie i chce być indywidualnością. I może właśnie ta jedna deklaracja czyni to opowiadanie ważnym. Drugie opowiadanie było wyraźnie słabsze. Sam autor przyznawał we wstępie, że miał trudności z jego sprzedaniem. Udało się to dopiero, gdy bohaterem uczynił Kocura. Mimo tego zabiegu, opowiadanie odstaje od reszty. Sztuczność widać też w konfrontacji z innymi opowiadaniami. Z żadnego z nich nie wynika, żeby Szary Kocur miał jakiekolwiek kontakty z magią. Może w dalszych tomach?

Najgorzej wypadła tytułowa nowela, uhonorowana nagrodami. To musiał być bardzo kiepski rok dla fantastyki, skoro to ona wówczas się wybiła. Albo stał za tym jakiś "układ" (to oczywiście żart nawiązujący do sytuacji w naszym kochanym kraju). Fafryd i Szary Kocur porażają w noweli swoją bezmyślnością i brakiem wyobraźni. O mało się wówczas nie zniechęciłem do dalszej lektury. A byłoby szkoda. Bo po słabym "Zaklętym kole" było już coraz lepiej. Leiber świetnie się sprawdza w krótkich formach. Wiele wdzięku odebrała mu zapewne nieszczęsna interpretacja tekstu w wykonaniu tłumacza, ale zawsze jest w tych opowiadaniach ciekawy pomysł i wartka akcja. I właśnie ze względu na to sięgnę po kolejne tomy przygód Fafryda i Szarego Kocura. Te dwa łotry, choć pozbawione zasad, mają swój urok. Może nie byłbym skłonny do takich peanów jak Sapkowski, bo Leiber wykorzystał istniejący już wcześniej schemat powieści łotrzykowskiej, adaptując go do świata fantasy, ale talent autora do zaskakujących puent stawia go wyżej od takiego chociażby Howarda i wielu jego kontynuatorów.

     
 
Site copyrights© 2006 by Karol Ginter