To było przypadkowe spotkanie. Dziennikarz Adam Blackwood zagaduje profesora McLintocka w kaplicy Rosslyn, żeby poznać jego opinię na temat tajemnicy templariuszy. Odpowiedź zaskakuje Adama. Zamiast podtrzymać swoje dotychczasowe, sceptyczne i krytyczne stanowisko, profesor oświadcza, że mylił się. Oznajmia, że klucz do rozwikłania tajemnicy templariusz rzeczywiście znajduje się w Rosslyn. Chwilę później McLintock popełnia na oczach dziennikarza samobójstwo.
Córka profesora, Nina, nie chce przyjąć do wiadomości, że jej ojciec popełnił samobójstwo. Rozpoczyna własne dochodzenie. Pod wpływem jej uroku, Adam angażuje się w śledztwo. Szybko się okazuje, że McLintock uwikłał się w dziwne relacje ze światem przestępczym. Wszystko wskazuje na to, że ma to związek z tajemnicą templariuszy. Adam i Nina ruszają śladami niedawnej podróży profesora. Liczą, że w ten sposób uda im się ustalić, co odkrył.
W Londynie giną w niezwykłych okolicznościach młodzi ludzie. Policja znajduje ich zmasakrowane ciała. Dowody wskazują jednak na to, że popełnili oni samobójstwa. Co skłoniło ich do takich działań? Prowadzący śledztwo ustalają, że jakiś związek z ich śmiercią ma przestępca powiązany z kartelami narkotykowymi.
Amerykańscy archeolodzy prowadzą wykopaliska w Peru. Badają tajemnice krwawych rytuałów ludu Moche. Pewnego dnia na miejscu wykopalisk pojawia się uzbrojony bandyta. Brutalnie przesłuchuje szefa grupy prowadzącej badania. Udaje się go przepędzić, ale był on jedynie zwiastunem nadchodzących kłopotów.
Schemat fabularny "Rytuału babilońskiego" jest kalką wcześniejszych dokonań autora. Choć warsztatowo trudno coś powieści zarzucić, to tym razem autor pozwolił pohulać swojej fantazji zdecydowanie nadmiernie. Zresztą punktem wyjścia intrygi jest tajemnica templariuszy, a to zbyt ograny motyw, żeby mógł mnie zaciekawić. Do tego, traktowanie na poważnie wymuszonych torturami zeznań templariuszy, nawet na potrzeby literackiej fikcji, wywołuje we mnie może nie tyle sprzeciw, co uśmiech politowania. Przecież jakby im kazano, to templariusze zeznaliby, że są goblinami na usługach Saurona! Oczywiście, gdyby przesłuchujący czytali "Władcę pierścieni" i mieli poczucie humoru...
W efekcie tych zastrzeżeń zachowałem duży dystans do opowiadanej historii. Powieść wypadła więc blado na tle poprzednich książek autora. Wcześniej udawało mi się dostrzec jakieś drugie dno opowiadanej historii. Tym razem, parafrazując Grzegorza Ciechowskiego, mam wrażenie, że powieść powstała dla pieniędzy. Wyłącznie. Nic w tym szczególnie nagannego. Nie oburza mnie to. Ale żeby upaść tak nisko i wałkować po raz n-ty rzekome tajemnice templariuszy? Nawet talent do zgrabnego konstruowania intrygi nie mógł uratować tej książki w moich oczach.
Tylko, żebyśmy się dobrze zrozumieli. Jest to słaba książka w pisarskim dorobku Knox'a, ale na tle wielu czytanych przez mnie książek to i tak klasa mistrzowska. |