Minęło kilka lat od ukazania się XI tomu cyklu "Koło czasu", a ja wciąż zwlekałem z lekturą. Kiedy książki te ukazały się w Polsce, wiedziałem już, że Robert Jordan jest śmiertelnie chory. Niedługo potem znalazłem w sieci smutną informację o jego śmierci. Zniechęciło mnie to do lektury, bo mogło oznaczać, że nigdy nie dane mi będzie poznać zakończenia cyklu. Po co więc dodatkowo znęcać się nad sobą? W 2008 roku w moje ręce trafiła powieść Brandona Sandersona. Bardzo mi się spodobała. Jakież było moje zdumienie, gdy z jego strony internetowej dowiedziałem się, że będzie kontynuował cykl Roberta Jordana. Niestety, dopiero parę miesięcy temu w Polsce ukazał się XII tom cyklu, którego Sanderson jest współautorem. Najważniejsze jednak, że wreszcie mogłem zacząć czytać tom XI.
Zazwyczaj istotną część moich recenzji zajmuje krótkie wprowadzenie do fabuły. Najzabawniejsze, że tym razem mógłbym powtórzyć część tego, co napisałem w streszczeniu X tomu. No cóż, już wtedy stwierdziłem, że tempo akcji pozostawia wiele do życzenia. Pomińmy jednak chwilowo dygresje i zajmijmy się fabułą.
Kiedy służący w Białych Płaszczach Galad dowiaduje się, że Morase była więziona w Fortecy Światłości, wyzywa na pojedynek Lorda Kapitana Synów Światłości Eamona Valdę. Następstwem pojedynku jest rozłam wśród Białych Płaszczy. Część pozostaje wierna Seanchanom, a część się buntuje.
Rodel Ituralde realizuje swój skomplikowany plan i zadaje duże straty Seanchanom w Tarabonie. To zmusza ich do zmiany planów wojennych.
Caemlyn jest nadal oblężone przez Arymillę i Elayne szuka sposobu rozwiązania kryzysu. Zadanie niełatwe, bo tron Andoru jest łakomym kąskiem dla wielu Domów.
Egwene dostała się wprawdzie w ręce Aes Sedai wiernych Elaidzie, ale dzięki talentom Śniącej nadal kieruje poczynaniami buntowniczek. Tym samym oblężenie Tar Valon trwa.
Po opuszczeniu Ebou Dar, Mat wraz z dość liczną grupą towarzyszy wędruje z cyrkiem Valana Luki. Jego największym zmartwieniem jest chwilowo Tuon, następczyni tronu Seanchan, która zgodnie z przepowiedniami ma być jego żoną. Ich wzajemne relacje nie układają się tak, jakby sobie tego Mat życzył.
Perrin wciąż ściga Shaido, którzy porwali jego żonę. Kiedy wreszcie udaje mu się ich wytropić, okazuje się, że ich przewaga liczebna jest przytłaczająca. Konieczny staje się tymczasowy sojusz z Seanchanami.
To, co choć na chwilę udaje się Perrinowi, chciałby też osiągnąć Rand. Dąży do zawarcia rozejmu z Seanchanami, bo w obliczu zbliżającego się Tarmon Gai'don wojna z nimi jest bezsensowa.
To byłyby pokrótce najważniejsze wątki XI tomu. Tym, co zaskoczyło mnie najbardziej w trakcie lektury, było nagłe przyspieszenie akcji. O ile początkowo dłużyzny są jeszcze na porządku dziennym, to później tempo wydarzeń jest wprost oszałamiające. Byłem naprawdę zdumiony, że aż tyle wątków zostało zakończonych. Przez wiele tomów Jordan jedynie dodawał koleje wątki i pomysły. To był jeden z powodów mojego utyskiwania, bo kontrast z początkami cyklu był ogromny. Po przeczytaniu XI tomu wiem, że autor przymierzał się wreszcie do tego, by zakończyć cykl. Los, niestety, pokrzyżował mu plany.
Zdarzało mi się czytać wielotomowe cykle, ale nawet jeśli całkowita liczba tomów była większa niż u Jordana, to albo każdy z tomów stanowił samodzielną całość, albo w ramach cyklu co najwyżej kilka tomów składało się na całość. Jedyny łącznik między tomami stanowili przeważnie bohaterowie. Jordan tymczasem rozłożył opisywaną historię na kilkanaście tomów. Mnożył wątki i postacie bez opamiętania. Owszem, podziwiam go za to, że się w tym nie pogubił, ale jako czytelnik mam zastrzeżenia do takiej formy pisarstwa. Już w okolicach piątego lub szóstego tomu bardzo bym się ucieszył, gdyby zamiast glosariusza pojawił się indeks osób i miejsc. Wyrazem mojej desperacji jest leksykon wybranych postaci, który stworzyłem po lekturze X tomu, kiedy zmuszony byłem przeczytać wszystkie poprzednie, aby jako tako orientować się w kalejdoskopie przewijających się tam osób. Bardzo mi pomógł tym razem, bo nie musiałem czytać całości cyklu, by przypomnieć sobie kto jest kim. Szczerze powiedziawszy, nie spotkałem się jeszcze, by jakikolwiek autor zasypywał czytelnika taką ilością imion. Jest to wręcz kuriozalne, gdy przykładowo zamiast ogólnikowego "pojawiło się kilka Aes Sedai ze swoimi Strażnikami", Jordan zaczyna przedstawiać wszystkich z imienia. Nie poprzestaje zresztą na tym, bo dodatkowo musi podać co najmniej parę cech fizycznych każdej z tych postaci i wspomnieć, w co każda z nich jest ubrana. Kompletny obłęd. Ta maniera stała się bardzo uciążliwa w kilku ostatnich tomach. Był to jeden z tych czynników, który sprawił, że wysoko oceniany przeze mnie cykl stracił w moich oczach tak wiele.
Inna sprawa, że zachwyt, który towarzyszył lekturze pierwszych dwóch tomów, rozwiewał się niczym poranna mgła wraz z każdym kolejnym tomem. Pojawienie się na kartach cyklu Aielów było jak wrzucenie zgniłego jabłka do koszyka pełnego zdrowych jabłek. Wiadomo, że wkrótce wszystkie zaczną się psuć. Dlaczego Aielowie budzą we mnie taką niechęć? Zacznijmy od tego, że nigdy nie zaakceptowałem pomysłu, że Aielowie są świetnym wojownikami. Odporność na ból, wytrzymałość i pogarda dla śmierci to za mało, by wygrywać bitwy. Dyscyplina to niewątpliwie atut, pod warunkiem, że walczy się w szyku. Tymczasem taktyka Aielów to przykład tego co wielokrotnie na wczesnym etapie rozwoju stosowały różne ludy: rzucamy się kupą na wroga i zobaczymy, co będzie. Połączenie przewagi liczebnej, zajadłości w walce i przede wszystkim elementu zaskoczenia, pozwalało od czasu do czasu odnieść sukces. Istotne było także wybranie odpowiedniego pola bitwy. Nie ulega wątpliwości, że na wzgórzach, w lesie lub na terenach bagiennych, ciężko byłoby pokonać Aielów. Jednak w otwartym polu, na równym terenie, Aielowie łatwo mogliby zostać pokonani przez formacje, które opisywane są przez autora w innych miejscach cyklu, czyli ciężkozbrojną konnicę i piechotę. Nawet przy kilkukrotnej przewadze liczebnej po stronie Aielów.
Już w jednej z wcześniejszych recenzji wykazywałem, że Aielowie nie mieliby szans w starciu z kawalerią. Teraz przypomnę nieco fizyki. Energia poruszającego się obiektu zależy od jego masy i prędkości. Kto ma większą masę i równocześnie porusza się szybciej: jeździec na cwałującym koniu, czy biegnący człowiek? Uderzenie wyprowadzane przez jeźdźca wspomagane jest całą tą energią. Skumulowane na małej powierzchni, jaką jest czubek trzymanej przez kawalerzystę kopii, właściwie zmiata piechura. Jedyną szansą dla piechura jest wykorzystanie tej energii przeciw kawalerzyście, czyli użycie długiej, zapartej w ziemię broni drzewcowej, jaką może być długa włócznia, halabarda, czy wreszcie pika. Zapartej w ziemię, bo trzeba gdzieś odprowadzić energię towarzyszącą impetowi uderzenia. Mam świadomość, że najróżniejsze produkcje filmowe wypaczyły obraz wojskowości średniowiecznej. Może dlatego bardziej obrazowe będzie odwołanie się do współczesności. Kto ma większe szanse przeżycia w przypadku czołowego zderzenia dwóch pojazdów: kierowca TIR-a, czy samochodu osobowego? Raz jeszcze przypomnę, masa i prędkość robią swoje.
Ktoś powie, że konstrukcja potężnego samochodu ciężarowego, jakim jest TIR, czyni go bardziej bezpiecznym dla kierowcy. Spostrzeżenie jak najbardziej słuszne. Z tego samego powodu opancerzony jeździec ma większe szanse w starciu z nieopancerzonym piechurem. Zbroi nie nosiło się dla ozdoby, co mogłyby sugerować niektóre produkcje hollywoodzkie, czy niejednokrotnie sam Jordan, który każe bohaterom utyskiwać na nieprzydatność zbroi. Zakuty w zbroję wojownik jest przede wszystkim odporny na strzały z łuku. Nie wierzcie filmom i niektórym mitom, głoszącym, że strzała z długiego łuku przebijała zbroję płytową. Wprawdzie teoretycznie strzała wystrzelona z długiego łuku z odległości mniejszej niż 30 metrów mogła przebić zbroję płytową, ale akcent należy położyć na "teoretycznie". Podobnie, jak przy projektowaniu czołgów kładzie się nacisk na to, by płyty pancerza były ustawione pod takim kątem, żeby pociski się od niego odbijały, tak samo przy projektowaniu zbroi jej elementy tak profilowano, żeby strzały się odbijały. W efekcie łuki pozostały zagrożeniem dla koni, ale i to do czasu, kiedy je również zaczęto chronić pancerzem.
Skuteczną bronią przeciwko zbroi była kusza. Tyle tylko, że częstotliwość oddawania strzałów była niewielka. Na kartach XI tomu Mat odnosi swoje sukcesy militarne m.in. dzięki temu, że Legion Czerwonej Ręki został wyposażony w szybkostrzelne kusze. Jednak wyposażeni w krótkie łuki Aielowie nie stanowili żadnego zagrożenia dla ciężkozbrojnych. Sami natomiast, jako pozbawieni opancerzenia, byli narażeni na ataki broni miotającej. Trochę konkretów. Przyjmijmy, że efektywny zasięg łuku to 180 metrów. Zasięg zależy od wielu zmiennych, takich jak typ łuku, ciężar strzały, czy siła i kierunek wiatru. Mistrzowie długiego łuku potrafili oddać strzał na odległość dwukrotnie większą. Jeżeli założymy - na wyrost - że Aielowie są w stanie biec z prędkością współczesnych mistrzów sprintu, czyli około 10 metrów na sekundę, pokonanie dystansu 180 metrów zajmie im co najmniej 18 sekund. W tym czasie każdy łucznik odda nie mniej niż dwa strzały. Skuteczność ostrzału zależy od tego, czy Aielowie zaatakują w zwartym szyku (duże straty od ostrzału, ale za to duży impet ataku), czy w szyku rozproszonym (mniejsze straty od ostrzału, ale i niewielki impet ataku). Każde trafienie, nawet jeśli nie zabija, zmniejsza wartość bojową. Przynajmniej spowolni, o ile nie wyeliminuje Aiela z walki. Każdy Aiel, który przewróci się zabity lub ranny, spowolni innych biegnących. W efekcie pozostałym nie uda się pokonać dystansu dzielącego ich od łuczników w ciągu 18 sekund. A to oznacza kolejną salwę. Innymi słowy, duże straty, zanim jeszcze walka się rozpoczęła. Na nieszczęście Aielów, żaden szanujący się dowódca nie pozostawi łuczników bez obrony. Na drodze Aielów stanie piechota. I tu nadchodzi czas na ocenę walorów bojowych Aielów w starciu z piechotą. Lekkozbrojna piechota zapewne nie stawiłaby im czoła. Jednak w wykreowanym przez Jordana świecie są także halabardnicy. W tym miejscu trzeba zwrócić uwagę na rzecz oczywistą: zasięg halabardy jest znacznie większy od krótkiej włóczni. Aielowie zostaliby przerobieni na mielonkę, zanim mieliby okazję użyć swojej broni. Nie oszukujmy się, wielkość, a konkretnie długość, ma znaczenie. Przekonali się o tym Grecy w IV wieku p.n.e., gdy Filip II Macedoński wprowadził do użytku sarissę. Grecka falanga uzbrojona była w 2,5-metrowe włócznie. Sarissa mierzyła 4,5 metra. Efekt? Koniec niepodległości Grecji, a wkrótce potem triumfy Aleksandra Macedońskiego. Wracając jednak do Aielów, w starciu z formacją halabardników tylko duża przewaga liczebna mogłaby ich uratować. Gorzej, jeśli przeciwnik zastosowałby szyk używany z dużym powodzeniem przez Szwajcarów, czyli czworobok, na zewnątrz którego jest kilka szeregów halabardników, a wewnątrz łucznicy i kusznicy. To właśnie dzięki niemu Szwajcarzy doskonale radzili sobie nie tylko z innymi formacjami piechoty, ale także z ciężkozbrojną jazdą. Stali się postrachem pól bitewnych drugiej połowy XV wieku i utrzymali swą reputację przez kolejne stulecia. To, że w początkach XVI wieku utworzono Gwardię Szwajcarską, która pełni rolę straży przybocznej papieża, to nie była żadna dziwaczna fanaberia ówczesnego papieża. Szwajcarzy byli po prostu najlepsi. I wcale nie dlatego, że gardzili śmiercią i cechowała ich większa odporność na ból, niż ich przeciwników. No właśnie, czy te cechy stanowią istotę dobrego wojownika?
Kiedy Jordan opisuje zwyczaje Aielów, ich metody wychowawcze itd., to natychmiast nasuwają się analogie ze Spartą. Spartiaci słynęli jako wspaniali wojownicy. Budzili podziw i strach u wielu współczesnych. Ich społeczeństwo, w którym nie było nierówności majątkowych, dla wielu stało się wzorem społeczeństwa idealnego. Cena za to był wysoka. Spartiaci pozbawieni byli wolności. Ich życie od narodzin do śmierci podporządkowane było państwu. Święcili triumfy na polach bitew, ale jaki był ich wkład w rozwój cywilizacji i kultury? Czy ktoś słyszał o wybitnym poecie, rzeźbiarzu lub architekcie ze Sparty? No właśnie. W nauczaniu historii nadal dominuje tendencja do pokazywania jej przez pryzmat wojen i konfliktów. To rzeczywiście nasze dziedzictwo, ale moim zdaniem o wielkości narodu nie świadczy długa lista zwycięstw, tak samo jak o wielkości człowieka nie świadczy duża liczba osób, które pobił. Historia dowodzi, że w końcu każda niezwyciężona armia zostaje pokonana. W moim systemie wartości to, co reprezentowała sobą Sparta, te całe pokłady okrucieństwa i niewrażliwości na cierpienia innych, zasługuje wyłącznie na pogardę. A Jordan, tworząc Aielów, inspirował się Spartą. Nawet jeśli nie było to działanie świadome. Jaki więc może być mój stosunek do systemu wartości Aielów? Okrutnych, pozbawionych litości, niewrażliwych na cierpienie innych.. Tę litanię mógłbym ciągnąć długo. W każdym razie, Jordan zapomniał o jednym: Spartiaci, inaczej niż Aielowie, na polu bitwy walczyli zakuci w stal. W przeciwnym wypadku zapewne nigdy byśmy o nich nie usłyszeli, bo spotkałby ich los innych zapomnianych greckich polis, które miały zbyt wojowniczych sąsiadów, by przetrwać.
Strasznie dużo miejsca poświęciłem Aielom. Może dlatego, że tę recenzję traktuję jako pewne rozliczenie z cyklem, bo kolejne tomy nosić będą na sobie już piętno innego autora. Podsumowując wszystko, co już napisałem, wychodzi na to, że nic nie uprawnia do tego, by przyjąć, jak chce tego Jordan, że Aielowie mogliby być postrachem pól bitewnych. Doskonale nadawaliby się do formacji zwiadowczych oraz w charakterze ochrony, ale na polu bitwy niewiele byłoby z nich pożytku. Zwycięstwa mogliby zawdzięczać jedynie Mocy, czyli ewentualnemu udziałowi zdolnych przenosić Jedyną Moc Mądrych. Dlatego gotów jestem uwierzyć, że Shaido mogli siać spustoszenie. Oczywiście tu pojawia się konieczność zwrócenia uwagi na parę innych aspektów prowadzenia kampanii wojennej, które Jordan wyraźnie lekceważy.
Już w recenzji "Ścieżki sztyletów" zwracałem uwagę, że działania na obcym terenie to dodatkowe utrudnienie dla każdej armii. Jest się zdanym na łaskę i niełaskę miejscowych przewodników. Jak jest to niebezpieczne mogli się przekonać rzymscy legioniści, którzy prowadzili działania wojenne w Germanii za panowania Oktawiana Augusta. Niewielu jednak mogło się podzielić swoimi spostrzeżeniami, bo tylko nieliczni przeżyli bitwę w Lesie Teutoburskim. Nie był to jedyny przypadek w historii, gdy przewodnicy prowadzili wojska w pułapkę. Jordan jednak tak istotnego czynnika ryzyka, jakim jest operowanie na obcym terenie, w ogóle nie uwzględnia. Często lekceważy również oczywiste trudności, jakie ma każda armia z aprowizacją. Głód i choroby nierzadko w historii okazywały się trudniejszym przeciwnikiem, niż wróg, z którym walczono. Wiele kampanii wojennych zakończyło się fiaskiem właśnie z ich powodu. Taktyka spalonej ziemi, tak chętnie w czasie wrogich najazdów stosowana chociażby przez wycofujących się Rosjan, okazywała się bardzo skuteczna. W świecie wykreowanym przez Jordana głód i choroby dotykają co najwyżej cywili, ale nigdy żadnej armii. Nawet jeśli armia ta w ogóle nie posiada linii zaopatrzeniowych i taborów, a tak jest chociażby w przypadku Shaido.
Co tam zresztą rozpoznanie i linie zaopatrzeniowe. W świecie Jordana twierdze i zamki zdobywa się bez machin oblężniczych. Prawie z marszu. Nie trzeba mieć nawet przewagi liczebnej nad obrońcami, bo po co? Ech, ten mój sarkazm. Ciekawe tylko, co by na to powiedzieli krzyżowcy biorący udział w I krucjacie, którzy przez rok oblegali Akkę i odnieśli sukces tylko dzięki zdradzie wśród obrońców? A może mieliby coś interesującego do dodania kolejni królowie Polski, którzy zęby połamali na umocnieniach Malborka? Malbork nigdy nie został zdobyty, a przeszedł w ręce Polaków dzięki zdradzie wśród obrońców. Kilka inwektyw dorzuciłby zapewne również sułtan Mehmed II, który, dysponując 100-tysięczną armią (to najniższe szacunki, bo według niektórych przyprowadził 300-tysięczną armię), a do tego artylerią, potrzebował prawie dwóch miesięcy, żeby zdobyć Konstantynopol broniony przez 7 tysięcy obrońców (na jednego obrońcę przypadało więc co najmniej czternastu atakujących). Kiedy, po dwóch tygodniach nieustannego bombardowania artyleryjskiego, Turcy przypuścili pierwszy szturm, zakończył się on całkowitą klęską. W czasie ataku zginęło 200 Turków i nikt z obrońców. Ostatecznie sułtan zatriumfował, ale nie byłoby to możliwe, gdyby nie artyleria. Murów obronnych nie budowano dlatego, że architekt krajobrazu orzekł, iż ładnie się prezentują, albo lokalny resort do spraw turystyki uznał, że dzięki nim zwiększą się wpływy z turystyki. Umocnienia miały zatrzymać agresora. I dziwnym trafem - choć po obejrzeniu niektórych produkcji hollywoodzkich można by w to zwątpić - zazwyczaj doskonale wywiązywały się z tego zadania.
Jak widać, mam mnóstwo zastrzeżeń do sposobu prezentowania przez Jordana zagadnień związanych z wojskowością. Uczciwie muszę przyznać, że w XI tomie było i tak znacznie lepiej pod tym względem, niż w poprzednich tomach. Seanchanie mają linie zaopatrzeniowe! Z kolei kampania wojenna prowadzona przez Mata nawet nie budzi u mnie zastrzeżeń. Oprócz przyspieszenia tempa akcji, właśnie wyraźna poprawa, jeśli chodzi o sposób traktowania aspektów militarnych, to zalety XI tomu. Wyróżnia się dzięki temu bardzo pozytywnie na tle kilku poprzednich. Z drugiej strony, czy fakt, że autor często nie przejmował się realizmem i wiarygodnością kampanii wojennych, ma jakieś większe znaczenie? Absolutnie nie! Należy tu obciążyć winą moje wykształcenie. Tak naprawdę są to jakieś drobiazgi, które by mi umknęły, gdyby akcja bardziej przykuwała moją uwagę. Skoro jednak wiało nudą, musiałem czymś zająć swój umysł. Inaczej pewnie nawet nie zauważyłbym, iż Jordan chwilami kompromituje się jako historyk. I pomyśleć, że wszystko przez tych Aielów...
Miałem zająć się recenzją kolejnego tomu cyklu, a wyszła mi analiza aspektów militarnych w całym cyklu. Co gorsze, po lekturze moich wywodów można odnieść mylne wrażenie, że potrafię dostrzec tylko mankamenty. Chyba powinienem bardziej skupić się na tych elementach, które sprawiły, że pokochałem cykl. Oto niektóre z nich.
Jordan wykreował barwy, wielokulturowy świat. Napracował się, żeby lokalne systemy wierzeń, choć różniące się wzajemnie, składały się w jakąś sensowną całość. Potrafił w interesujący sposób pokazać ścieranie się kultur i nieporozumienia wynikające z braku zrozumienia odmienności. Może tylko nieco za bardzo koncentrował się na kontraście między Aielami a pozostałymi kulturami. W każdym razie, relacje międzyludzkie, czy motywacje poszczególnych postaci, zdawały się bardziej wiarygodne dzięki osadzeniu w określonym kręgu kulturowym. Czytelnik mógł wielokrotnie się przekonać, że racjonalność postępowania zależy od punktu widzenia, od wyznawanego systemu wartości i przekonań danej postaci. Oczywiście, w pewnym sensie świat pokazany przez Jordana to świat skostniały. Wiele ludów bardziej skupia się na zewnętrznych formach (Seanchanie, Aielowie, czy Lud Morza), niż na faktycznej treści. Jednostka często jest tu niewolnikiem obyczajów. Kiedy nagle styka się z odmiennym systemem wartości, musi dokonywać trudnych wyborów. Co ciekawe, w imię systemu wartości często odrzuca fakty. Jordan może to przejaskrawił, ale ze zjawiskiem tym mamy do czynienia także i w otaczającym nas świecie. Być może skłoni to niektórych czytelników do zastanowienia się, w jakim zakresie wyznawany system wartości może wypaczać postrzeganie świata.
Jest kilka elementów, które stanowią o wyjątkowości cyklu. Zacznijmy może od cyklicznej koncepcji czasu. W naszym kręgu kulturowym tak się przyzwyczailiśmy do liniowej koncepcji czasu, że nawet nie zauważamy, jak bardzo determinuje ona nasze postrzeganie świata. Zadajemy pytania o początek i koniec Wszechświata. Wszystko dla nas zaczyna się i kończy. A co jeśli jest inaczej? Niekoniecznie znaczy to, że wydarzenia się powtarzają, jak postrzegają to mieszkańcy świata wykreowanego przez Jordana. Może kiedyś zrodzi się zupełnie inna teoria? Ale już wyjście poza utarty schemat jest stymulujące intelektualnie. I choć sama cykliczna koncepcja czasu nie jest niczym odkrywczym, Jordan doskonale ją zaadaptował do swoich potrzeb. Kiedy wzbogacił ją o Wielki Wzór, na którym tkana jest materia Wszechświata i losy ludzi, powstał zarys całkiem interesującego systemu wierzeń.
Bardzo ważnym aspektem świata stworzonego przez Jordana jest Moc. Z naszego punktu widzenia jest to jakiś rodzaj magii, ale czy nie jest to po prostu jeszcze jedna forma oddziaływania na rzeczywistość? Otoczona wieloma mitami i tajemnicami. W czasach, kiedy toczy się akcja cyklu, tylko kobietom przyznaje się prawo do posługiwania Mocą. Jordan kreśli sugestywny obraz Białej Wieży jako instytucji, która jest nośnikiem wielowiekowej tradycji, stawia sobie wielkie cele, ale nie jest też pozbawiona ułomności. Nawet Trzy Przysięgi można przecież naginać. Tu pozwolę sobie na stwierdzenie, że potencjał możliwości, jakie to dawało, nie został w pełni wykorzystany przez autora. Łatwo sobie przecież wyobrazić, że mogłyby się ścierać w Białej Wieży stronnictwa różnie interpretujące Trzy Przysięgi. Chociażby przysięgę zabraniającą mówienia nieprawdy. Aes Sedai nie może powiedzieć nieprawdy, czyli tego, w co wierzy, że jest nieprawdą. Przysięga nie powstrzyma jej jednak od celowego wprowadzenia w błąd rozmówcy. Wystarczy odpowiednio manipulować słowami i niedopowiedzeniami. Jordan nie raz pokazywał, jak może to działać. Najprostsze oszustwo to odpowiedź na pytanie o imię w formie: "Możesz mi mówić...". Pytający nie poznawał prawdziwego imienia, ale trudno oczekiwać, że będzie zastanawiał się nad każdym zdaniem wypowiedzianym przez Aes Sedai. Jaki jednak będzie długofalowy efekt takich działań? Przekonanie, że Aes Sedai kłamią, choć rzekomo przysięga im tego nie zabrania. Wyobrażam więc sobie, że część Aes Sedai mogłaby, w imię szeroko rozumianych interesów Białej Wieży, potępiać wszelkie formy oszustwa, nawet jeśli nie oznaczają one bezpośredniego łamania przysięgi. Choć czuję niedosyt, podobało mi się, iż Jordan umiał pokazać, jak Aes Sedai w imię określonych racji oszukują. Bo oszustwem jest każda wypowiedź, która ma na celu wprowadzenie w błąd rozmówcy. Nawet jeśli nie mówi się równocześnie nieprawdy.
Trzeba wreszcie wspomnieć o uniwersalnym konflikcie, który napędza akcję, czyli zmagania z Czarnym. Autor puszcza w pewnym sensie oko do czytelnika, bo odwołuje się do koncepcji znanych z judaizmu, chrześcijaństwa i islamu. Posługuje się wieloma historycznymi określeniami diabła (jak ktoś uważnie słuchał angielskiej ścieżki dialogowej w "Piratach z Karaibów", mógł zauważyć, że diabeł zostaje nazwany Starym Hobem [Old Hob], a w XI tomie cyklu Jordan odwołuje się do tego określenia). Przeklęci noszą z kolei m.in. imiona demonów. Czyżby Jordan sugerował, że nasz świat i świat Randa to ten sam świat? Intrygujące.
Charakterystyczny dla cyklu jest sposób opisywania świata i wydarzeń przez autora. Długo się zastanawiałem, jakie słowo najlepiej to oddaje i wyszło mi na to, że chyba przymiotnik "pruderyjny". Trzeba wyraźnie powiedzieć, że świat opisywany przez Jordana jest okrutny. Jednak na kartach powieści próżno szukać naturalistycznych opisów okrucieństw i zbrodni. Czytelnik informowany jest o nich w sposób mocno zawoalowany. Czasami niedopowiedzenia są tak daleko idące, że trudno się domyślić, co autor ma na myśli. Odnosi się to szczególnie do życia seksualnego. Dużo czasu mi zajęło, zanim zrozumiałem, że określenie "przyjaciółka od poduszki" oznacza kochankę. Z kolei fakt, że Jordan opisuje w XI tomie związki homoseksualne w Białej Wieży, może ujść uwagi mniej uważnego czytelnika, bo wszystko opiera się na subtelnych aluzjach i niedopowiedzeniach.
Przy tak wielkim cyklu mógłbym mnożyć plusy i minusy. Komu jednak chciałoby się to czytać? Najważniejsze, że pomimo pewnych ułomności cyklu, nadal mam ochotę na dalszą lekturę. Owszem, narracja w XI tomie była nierówna. Niektóre fragmenty wręcz pochłaniałem, a przy innych zmuszałem się do lektury. W efekcie przeczytanie obu części zajęło mi dwukrotnie więcej czasu niż pierwotnie zakładałem. Po prostu chwilami czułem zniechęcenie. Ale to był tylko przejściowy stan ducha. |