Recenzje
 
 
Recenzje Karola
 

Jarosław Grzędowicz
"Pan Lodowego Ogrodu"
tom 1

Jarosław Grzędowicz Pan Lodowego Ogrodu

Ludzkość wreszcie odkryła antropoidalną cywilizację w kosmosie. Planetę zamieszkiwaną przez tę cywilizację ochrzczono mianem Midgaard. Badania prowadzone są bardzo ostrożnie, aby nie doszło do skażenia kulturowego. W końcu tubylcy są na etapie rozwoju zbliżonym do ziemskiego średniowiecza. Wysyłane z Ziemi misje badawcze szybko się przekonują, że planeta ma destrukcyjny wpływ na wszystkie zaawansowane technologicznie urządzenia, a w szczególności na elektronikę. To dodatkowo utrudnia pracę naukowców. W pewnym momencie Terenowa Stacja Badawcza Midgaard II milknie. Zapada decyzja o wysłaniu misji ratunkowej. Tyle tylko, że jednoosobowej.

Vuko Drakkainen zostaje wyposażony w ekwipunek, który nie wyróżnia się na tle wytworów midgaardzkiego rzemiosła, choć do jego wykonania użyto najnowocześniejszych technologii. Przechodzi operacje, które upodabniają go do tubylców. Ale najważniejsze, co otrzymuje i co ma mu zapewnić przewagę nad mieszkańcami planety Midgaard, to cyfral. Sztucznie wyhodowany pasożyt, który umożliwia widzenie w ciemności, przyśpiesza czas reakcji, filtruje emocje i pozwala lepiej wykorzystać potencjał mózgu.

Kiedy Vuko dociera do Terenowej Stacji Badawczej Midgaard II, odkrywa że została ona dawno porzucona. Znajduje też potwierdzenie plotek, jakoby na planecie działała magia. Jak inaczej wytłumaczyć, że jeden z naukowców częściowo zamienił się w kamień, a drugi w drzewo? Losy pozostałych naukowców pozostają nieznane. Vuko musi więc ich odnaleźć. Czy można to zrobić bez ingerowania w losy obcej kultury? Nawet jeśli Drakkainen sądził początkowo, że to możliwe, szybko stwierdza, że bez pomocy tubylców niczego nie osiągnie. Zresztą wiele wskazuje na to, że miejscowa cywilizacja już została skażona. Miejscowi mogą mówić o wojnie bogów, ale wzięte żywcem z obrazów Boscha upiory sugerują, że ziemskie wyobrażenia przeniknęły jakimś sposobem na tę planetę.

Gdyby nie rekomendacja paru osób, to nie sięgnąłbym po tę powieść, bo mam uzasadnione powody, by od polskiej beletrystyki trzymać się na dystans. Tymczasem książka jest bardzo dobra. Jak na polskie warunki wręcz wybitna. Choć muszę jednocześnie stwierdzić, że w kilku miejscach tempo akcji wyraźnie spadło i pojawiły się niepotrzebne dłużyzny. Dotyczy to w szczególności wątku opisującego dzieje następcy tronu Amitraju. Jakbym czytał zupełnie inną historię, którą na siłę wpleciono do fabuły. A już epizod z braćmi, z których każdy miał na swój sposób opiekować się inteligentnymi zwierzętami zwanymi bystretkami, zbyt nachalnie kojarzył mi się w "Piasecznikami" Martina. Z czasem wątek następcy tronu Amitraju nabrał tempa i rumieńców i podejrzewam, że kolejnych tomach będzie miał znaczenie dla fabuły. W pierwszym tomie nie miał żadnego.

Skoro już mowa o inspiracjach, autor czerpie pomysły ze znanych opowieści (np. Beowulf i Grendel, flecista z Hameln) i wcale się z tym nie kryje. Nie jest to z mojej strony zarzut, a jedynie spostrzeżenie. Miałem wrażenie, że Grzędowicz świetnie się bawi wplatając do swojej historii te pomysły. Tak jakby mrugał okiem do czytelnika i pytał: "A to znasz?". Nie powinno więc dziwić, że jego bohater jest intelektualistą i erudytą. W lot rozpoznaje nawiązania kulturowe. Z pewną dozą autoironii co i rusz odnajduje podobieństwa między swoją sytuacją, a losami bohaterów literackich. Tak na wszelki wypadek, gdyby czytelnik tego nie dostrzegł. Inna sprawa, czy wysyłanie intelektualisty na misję ratunkową to dobry pomysł. Jajogłowi mają specyficzny typ osobowości, co w sytuacjach wymagających błyskawicznego podejmowania decyzji nie zawsze się sprawdza. A swoją drogą, czy tylko ja odniosłem wrażenie, że w przypadku głównego bohatera mamy do czynienia z Wiedźminem po studiach filologicznych?

Kusi mnie, żeby wytknąć autorowi drobne niedostatki fabuły. Niektóre wręcz trącą szowinizmem. Czy jeśli jestem Polakiem, to skazany jestem na myślenie Matejką lub Kossakiem? Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że Grzędowicz nieszczególnie zwracał uwagę na niektóre detale i na potrzeby fabuły naginał reguły prawdopodobieństwa. W końcu to przecież fantastyka. Najważniejsze, że udało mu się stworzyć bardzo interesujący świat, do którego z przyjemnością wrócę podczas lektury kolejnych tomów.

     
 
Site copyrights© 2013 by Karol Ginter