Byłem zauroczony, kiedy z daleka ujrzałem wzgórze, na którym spomiędzy koron drzew wyłaniała się zamkowa wieża. Kraina Wygasłych Wulkanów obfituje w malownicze krajobrazy, ale te chwile, gdy dane jest człowiekowi doświadczyć zachwytu na widok pejzażu niczym z baśni, są niezapomniane. Zawahałem się, kiedy okazało się, że na szczyt wzgórza, do zamku, prowadzi bardzo wąska i kręta droga, na której dwa samochody się nie wyminą. Wjazd na górę nie był jednak problemem. Dopiero wracając, musiałem kilkadziesiąt metrów jechać na wstecznym biegu do miejsca, gdzie mogłem się minąć z innym samochodem.
Wznoszące się prawie 400 metrów nad poziom morza wzgórze, na którym znajduje się zamek, to jeden z wygasłych wulkanów. Pierwsza wzmianka o zamku pochodzi z XII wieku. Niejednokrotnie w swej historii warownia zmieniała właścicieli. Wśród nich byli także śląscy Piastowie. Budowla przetrwała wojny husyckie, ale kolejna zawierucha, którą wywołali Czesi, czyli wojna 30-letnia, okazała się dla zamku tragiczna. Skala dokonanych wówczas zniszczeń była tak wielka, że w dużej części stał się ruiną. Przez kolejne stulecia podejmowano niezbyt udane próby odbudowy. Co ciekawe, już w pierwszej połowie XIX wieku stał się atrakcją turystyczną. Wprawdzie na początku XX wieku podniesiony został z ruin, ale spłonął w 1945 roku.
Obecnie część zamku jest zrekonstruowana, ale wciąż sporo tu ruin. Warownia zbyt często w swej historii była plądrowana i niszczona, by zachowało się cokolwiek z wystroju wnętrz. Jednak dla takiego miłośnika zamków jak ja, jest to i tak duża atrakcja.