Nazwisko Forsyth to dla mnie wystarczająca reklama, by sięgnąć po książkę. Był wprawdzie moment, kiedy Forsyth zarzekał się, że kończy z pisaniem, ale na szczęście obietnicy nie dotrzymał. W swej nowej książce postanowił się zmierzyć z bardzo aktualnym tematem, czyli terroryzmem islamskim.
Wstępem do fabuły jest zamach w Londynie w 2005 roku. Forsyth niejednokrotnie już w swoich powieściach pokazywał rolę przypadku. Przekonywał, że drobiazgi mają czasami niesamowitą moc sprawczą. Tak jest i tym razem. Wśród rzeczy jednego z zamachowców odnalezione zostają paragony potwierdzające zakup 4 telefonów komórkowych. Policja brytyjska postanawia monitorować sieć telefonii komórkowej na wypadek, gdyby ktoś skorzystał z jednego tych telefonów. Ze względu na współpracę państw walczących z terroryzmem islamskim, numery tych telefonów trafiają do wielu służb wywiadowczych. M.in. do pakistańskiego wywiadu wojskowego. Przypadkiem jeden z tych telefonów trafia w ręce osoby z bliskiego otoczenia Osamy bin Ladena: szefa finansów Al-Kaidy, Taufika al-Kura. Kiedy w trakcie swych podróży trafia on do Peszawaru w Pakistanie, do ochrony dostaje 4 miejscowych talibów. Pech Taufika al-Kura polega na tym, że jeden z tej czwórki ma chorą matkę, o której stan się niepokoi, a nieszczęśliwie rozładowała mu się bateria w komórce. Postanawia więc pożyczyć sobie telefon komórkowy Taufika al-Kura. Zapewne nie wyniknąłby z tego wielki kłopot, gdyby zaraz po rozmowie wyłączył telefon. Tak się jednak nie stało. Dzięki temu pakistański wywiad wojskowy namierza miejsce pobytu posiadacza telefonu. I choć Taufik al-Kur nie daje się schwytać żywy, to w ręce wywiadu wpada zawartość jego komputera. Tym sposobem służby wywiadowcze wpadają na trop akcji terrorystycznej przygotowywanej przez Al-Kaidę. Problem w tym, że poznano jedynie jej kryptonim: Al-Isra. Inne szczegóły pozostają nieznane. I po raz kolejny, gdyby nie przypadek, kto wie, jak potoczyłyby się dalej losy świata. Wracając ze spotkania, na którym rozważano temat planowanej przez Al-Kaidę akcji, jeden z konsultantów wywiadu wspomina, iż najlepiej byłoby wprowadzić kogoś do wewnątrz organizacji. Na zarzut, że żaden biały tego nie dokona, odpowiada, iż jego brat dałby radę. Rozmowa ma charakter prywatny. Odbywa się jednak w limuzynie należącej do wywiadu i zostaje standardowo nagrana. W efekcie inicjuje działania na rzecz umieszczenia agenta w szeregach Al-Kaidy. Mike Martin, brat wspomnianego konsultanta, były żołnierz SAS, ma przyjąć tożsamość Afgańczyka przetrzymywanego w Guantanamo. A tak się szczęśliwie składa, że Mike Martin spotkał kiedyś tego człowieka. Co więcej, uratował mu życie.
Ten przydługi opis miał zilustrować, jak istotny w "Afgańczyku" jest przypadek. To był zaledwie mały wstęp do fabuły. W "Afgańczyku" - podobnie jak chociażby w wydanym 2 lata temu "Mścicielu" - wydarzenia współczesne przeplatają się z przeszłością. Autor szkicuje biografie Mike'a Martina oraz Ismata Chana. Kreśli też tło historyczne wydarzeń. Przybliża czytelnikowi, jak rodził się fundamentalizm islamski. Pokazuje, że nie stało się to z dnia na dzień, a co więcej, przy jego narodzinach rolę akuszerki odegrał niestety Zachód. Ja może cofnąłbym genezę problemu do ostatecznego upadku kalifatu, ale to już raczej moje skrzywienie zawodowe. To ono każe mi się nie zgodzić z tezami wypowiadanymi ustami doktora Terry'ego Martina. W czasie wykładu dowodzi on fałszywości przekonań talibów i ich niezgodności z Koranem. Problem polega na tym, że Koran - podobnie zresztą jak i Biblia - pełen jest wewnętrznych sprzeczności. Posługując się zarówno jedną świętą księgą, jak i drugą, można zarówno przekonywać o konieczności miłości bliźniego oraz tolerancji, jak i o konieczności zniszczenia tych wszystkich, którzy nie wyznają tej samej religii. Zresztą w historii już tak bywało. Dlatego najważniejszym problemem jest interpretacja i wykładnia. Na tym tle zawsze dochodzi do konfliktów. Stąd wszystkie podziały w chrześcijaństwie i islamie. Wydawałoby się, że skoro katolicy mają papieża i sobory, to powinni być wolni od sporów doktrynalnych. Wiadomo jednak, że to co najwyżej tłumi część konfliktów. Hierarchia kościelna nierzadko chowa głowę w piasek, bojąc się ewentualnego rozłamu. A teraz wyobraźmy sobie, że nie byłoby papieża i soborów... A tak właśnie jest w islamie od czasu upadku kalifatu. Nie ma autorytetu, który mógłby narzucić obowiązującą interpretację. Dlatego spekulacje mądrych naukowców na Zachodzie, jak odczytywać Koran, są tylko stratą czasu.
Posłużyłem się pretekstem, żeby wdać się w polemikę na aktualne tematy geopolityczne. Wystarczy już tego. Wrócę lepiej do powieści. Czytelnik znajdzie w niej to wszystko, co jest już znakiem firmowym Forsytha: wciągającą intrygę, zaskakujące zwroty akcji i drobiazgową dbałość o szczegóły. O uwzględnianiu przez autora roli przypadku i zbiegów okoliczności już wspominałem. To także istotny atut powieści. Zawsze może wydarzyć się coś niespodziewanego, co może pokrzyżować najbardziej precyzyjne plany. Nawet kiedy wydaje się to nieprawdopodobne. Niesłychanie podnosi to napięcie. Forsyth opisuje też zjawisko, które ochrzciłbym mianem Reguły Niezamierzonych Konsekwencji (gdzieś to przeczytałem lub usłyszałem, nie jest to więc mój pomysł). Podejmując jakiekolwiek działania musimy się liczyć z tym, że przyniosą one zupełnie nieoczekiwane efekty. Ta reguła jest wyraźnie widoczna, kiedy analizujemy narodziny islamskiego fundamentalizmu. Zimnowojenna konfrontacja doprowadziła do tego, że Stany Zjednoczone poparły islamskich fundamentalistów. Zapotrzebowanie na ropę naftową sprawiło, że rządzony przez fundamentalistów islamskich kraj, taki jak Arabia Saudyjska, mógł rozsiewać zarodniki fundamentalizmu islamskiego na całym świecie. Itp. itd. Nie chciałbym nadmiernie ciągnąć tego wątku, ale być może gdyby politycy czasami wzięli pod uwagę Regułę Niezamierzonych Konsekwencji, ten świat byłby bardziej przyjaznym miejscem.
Wystarczy tych moich rozważań. Streścić je można do prostej konkluzji: jest to doskonała książka. Dlatego serdecznie ją polecam. Nie dość, że wciąga, to jeszcze ma pewien walor dydaktyczny. |