Jak tu naszkicować w kilku zdaniach treść czegoś tak wielowątkowego, jak "Powrót Karmazynowej Gwardii"? Mam wręcz wrażenie, że Esselemont przerósł w tym względzie Eriksona. Sięgnął po pomysły oraz niedokończone wątki wprowadzone przez Eriksona, ale równocześnie buduje i kontynuuje własne. Nie ma sensu, by po powieść tę sięgał ktokolwiek, kto nie zna dotychczasowych opowieści z cyklu. Przewijają się tu tłumy postaci znanych z innych powieści oraz tabuny zupełnie nowych.
Tytułowa Karmazynowa Gwardia postanawia wreszcie rzucić wyzwanie Imperium Malazańskiemu, z którym kiedyś przegrała. Tymczasem same cesarstwo zostaje ogarnięte chaosem wojny domowej. Bunty inspirowane są przez byłych towarzyszy cesarza Kellanveda, którzy zaginęli, czy wręcz uważano ich za zmarłych, a marginalnie pojawiali się lub byli wzmiankowani w kolejnych tomach z cyklu "Opowieści z Malazańskiej księgi poległych". W upiornym korowodzie najróżniejszych spisków i intryg można się łatwo pogubić. Chaos narasta z kolejnymi stronami lektury. Liczba uczestników konfliktu rośnie. Intencje wielu z nich pozostają niejasne. Wszystko to prowadzi do kulminacyjnego starcia wielu różnych sił i rozstrzygnięć, które mnie nieco zaskoczyły.
Muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem. Esselemont zdrowo namieszał w uniwersum, które czytelnicy poznali dzięki Eriksonowi. Tym razem Esselemont lepiej, czy może nawet wręcz świetnie radzi sobie z prowadzeniem splątanych wątków. Bardzo dobra robota. Dla takiego miłośnika cyklu, jak ja, była to prawdziwa uczta. Owszem, podtrzymam wcześniejsze spostrzeżenie, że mniej tu humoru niż u Eriksona, ale zapewne i nad tym autor popracuje. Naturalnie, cykl jest dość specyficzny, postaci często sprawiają wrażenie komiksowych superbohaterów, ale mi przypadł do gustu i czekam na kolejne historie. |