Uprowadzenie sześcioletniej córki to tragedia dla amerykańskiej rodziny, która zatrzymała się w paryskim hotelu. Francuska policja desperacko szuka pomocy. Zwraca się do Simona Fiska, byłego agenta U.S. Marshals, który obecnie trudni się odnajdywaniem i odzyskiwaniem uprowadzonych dzieci. Fisk doskonale rozumie rodziców, którym porwano dziecko, bo lata temu sam stracił w ten sposób córkę. Dlatego podejmuje się niewdzięcznego zadania. Fisk nie ma litości dla osób zamieszanych w ten proceder. Ci, którzy staną mu na drodze, muszą się liczyć z tym, że zapłacą słoną cenę za zaangażowanie w proceder porywania dzieci. Tymczasem kolejne tropy prowadzą Fiska coraz bardziej na Wschód.
Książka trafiła w moje ręce raczej przypadkiem. I pozytywnie mnie zaskoczyła. Bohater nie jest jednowymiarowy. Jego postępowanie, bezwzględność wobec przestępców, empatia wobec rodziców, wszystko to jest wiarygodne psychologicznie. Akcja toczy się wartko. Fabuła jest dość skomplikowana. Czytelnika czeka niejedna niespodzianka.
Ciekawostką jest też portret Europy Wschodniej z punktu widzenia Amerykanina. Autor nawet przygotował się merytorycznie, choć jego wiedza jest nieco powierzchowna i trochę zwietrzała. Stara się zaprezentować amerykańskiemu czytelnikowi egzotykę tej części świata. Stąd epizody, które nic nie wnoszą do fabuły, ale dodają kolorytu całej historii. Swoją drogą, Corleone chyba sądzi, że w naszej części świata prawo do posiadania broni jest tak samo powszechne jak w Stanach. Bohater zachowuje się jak na Dzikim Zachodzie i jego ekscesy uchodzą mu na sucho, co wydaje się mało prawdopodobne. Jednak mimo pewnych drobiazgów, to całkiem przyzwoite czytadło.