Gdyby ktoś nieznajomy powiedział wam, że wasz nieżyjący ojciec jest jak najbardziej żywy, moglibyście zareagować na różne sposoby. Mickey Bolitar był świadkiem śmierci ojca, dlatego potraktował te słowa raczej jako oznakę szaleństwa staruszki, która go zagadnęła. Tylko jedna rzecz nie daje mu spokoju: skąd nieznajoma staruszka zna jego imię?
Mickey właśnie rozpoczął naukę w nowej szkole. Jego matka trafiła na odwyk, a on zamieszkał z wujkiem Myronem, którego serdecznie nie cierpi. Pierwsze dni w nowej szkole nie są łatwe. Tym cenniejsza każda nowa znajomość. Szczególnie z atrakcyjną dziewczyną, a taką jest Ashley. Tyle tylko, że Ashley nagle tajemniczo znika. Mickey jest dość zaradnym młodym człowiekiem, więc szybko dociera do rodziców Ashley. Jednak oni jej nie znają. Zresztą okazuje się, że nie on jeden jej szuka. Kim zatem jest tajemnicza Ashley?
Mickey może i nie lubi Myrona, ale jedno ich łączy: lubią wtykać nos w nie swoje sprawy. Nastolatek prowadzi więc dwa prywatne śledztwa. I jak to z nastolatkami bywa, przewidywanie następstw własnych działań nie jest jego mocną stroną.
Nie pamiętam, żebym był tak zniesmaczony po lekturze książki Cobena, jak tym razem. Bohater mnie irytował. Zachowywał się irracjonalnie. Kiedy Myron pakował się w kłopoty, mógł liczyć na Wina. Stwarzało to przynajmniej pozory prawdopodobieństwa. Mickey wychodzi cało z opresji dzięki zastosowaniu przez autora wariantu klasycznej deus ex machina.
Fabuła jest nieszczególnie wyszukana. Żadnych zawiłych intryg i oszałamiających zwrotów akcji nie ma. Kontrast widać szczególnie w zestawieniu z wcześniejszymi powieściami. Choć właściwie schemat fabularny pozostał niezmieniony. Najgorsze, że Coben adresuje tę książkę wyraźnie do nastoletniego czytelnika. Z fatalnym skutkiem.