Myron Bolitar od lat nie bawił się w prywatnego detektywa, nie ratował nikomu życia i nie pakował się w tarapaty. I pewnie byłoby tak dalej, gdyby przypadkiem nie podsłuchał rozmowy dwóch nastolatek. Pierwsza, Aimee, była córką jego przyjaciółki jeszcze z czasów szkolnych, a druga, Erin, córką jego nowej sympatii. Jedna z nich wspomniała, że ostatnio odwoził ją pijany kolega. Przejęty Myron poprosił, aby na przyszłość w podobnych sytuacjach, kiedy potrzebować będą pomocy, zwróciły się do niego, a on nie będzie zadawał żadnych pytań i zatrzyma wszystko w sekrecie. Konsekwencje tego zobowiązania w niedługim czasie zemściły się na Myronie. Poproszony o pomoc przez Aimee, odwozi ją z Manhattanu do wskazanego przez nią miejsca. Zaraz potem dziewczyna znika. Myron jest ostatnią osobą, która ją widziała. Nie dość, że staje się podejrzanym w oczach policji, to na dodatek rujnuje swoje relacje z przyjaciółką. Nie byłby sobą, gdyby tak to zostawił. Postanawia wyjaśnić zagadkę zniknięcia Aimee.
Nie wiem dlaczego, ale kiedy książka mi się podoba, mam większy problem z uzasadnieniem dlaczego, niż kiedy książka mi się nie podoba. Tę powieść uważam za świetną. Wartka i pełna nagłych zwrotów akcja, duża dawka uszczypliwego humoru, unikanie dydaktyzmu i czarno-białego schematu, a wreszcie umiejętność utrzymania tajemnicy aż do ostatnich stron. Choćbym się dwoił i troił, to autor i tak trzyma karty przy orderach, ujawnia je pojedynczo i dopiero kiedy na ostatnich stronach rzuci na stół ostatnią z nich, wszystko nabiera sensu. Wcześniej można snuć spekulacje, ale Coben umie doskonale zwodzić tropy. Jednak chyba nie tylko to decyduje o moim odbiorze powieści. Jakoś szczególnie przypadły mi do gustu książki z Myronem Bolitarem w roli głównej. Może dlatego, że łatwo się utożsamić z takim bohaterem (choć od razu zaznaczam, że w sporcie zawsze byłem kiepski). Kiedyś w recenzji jakiejś mądrej głowy przeczytałem, że to fatalny błąd popełniany przez wielu czytelników i nie należy nigdy utożsamiać się z bohaterem. A prawda jest taka, że kiedy nie odbieram postaci emocjonalnie i nabieram dystansu do narracji, to biada autorowi, bo wytknę mu każdy drobiazg. Wtedy budzi się we mnie monstrum, które ma w głębokim poważaniu powoływanie się przez autorów na licentia poetica. Jak zwał tak zwał, a brednia zawsze pozostaje brednią. Ale odbiegam od tematu. Ta książka zasługuje na najwyższe noty. Jej lektura sprawiła mi wielką przyjemność. |