Pozbawiono ją wszystkiego. Nie ma nawet własnego imienia. Chwilowo nosi imię Freda. To imię to stan przejściowy, bo pochodzi od aktualnego Komendanta. Jest Podręczną. Jej rola sprowadzona została do funkcji klaczy rozpłodowej. Podręczne trafiają do domów przedstawicieli elity rządzącej, by dać im szansę na potomstwo.
W świecie, w którym bezpłodność stała się prawdziwą plagą, bycie płodną czyni kobietę kimś wyjątkowym. Niestety, niekoniecznie oznacza to coś dobrego. Dla Fredy oznacza to bycie niewolnicą. W oczach nowej dyktatury religijnej jest osobą grzeszną. Gdyby nie była płodna, mógłby ją spotkać znacznie gorszy los, niż bycie Podręczną. A Freda przede wszystkim chce przetrwać. Tylko, czy jej się to uda?
Powieść jest specyficzna. Narracja prowadzona jest z subiektywnej perspektywy bohaterki. Fabuła ma zaburzoną chronologię. Bohaterka głównie dzieli się z czytelnikiem swoimi emocjami, wrażeniami i wspomnieniami. Czasami nie wiadomo, czy fantazjuje, czy wspomina. Potrafi przedstawić kilka wersji wydarzenia i przy każdej z nich stwierdzić, że wie to na pewno, choć tak naprawdę jedynie fantazjuje. Przy czym niektóre jej fantazje noszą znamiona prawdopodobieństwa, ale nigdy nie ma pewności.
Atwood potrafi dość dobrze oddać nastrój bohaterki. Kiedy bohaterka skarży się na nudę, to ona naprawdę wylewa się z kart książki. Doceniam to z punktu widzenia warsztatu pisarskiego, ale niestety było to męczące, bo fabuła toczy się niezwykle ospale.
Autorka uczyniła bohaterką osobę dość przeciętną. Taką, która przez całe swoje życie trzymała się na uboczu wydarzeń. Nie miała nigdy wielkich ambicji. Chciała spokojnie żyć. Nie zamierzała zmieniać świata. Chyba nawet niezbyt interesowała się światem. Na jej nieszczęście, świat zainteresował się nią. Gdy się wokół niej zmieniał, długo to ignorowała. Podobnie jak jej mąż. W końcu, jakoś to będzie. Gdy zrozumieli, że zagrożenie jest większe, niż przypuszczali, a znany im świat obrócił się w gruzy, było za późno.
Muszę oddać Atwood, że stworzyła przejmujący obraz społeczeństwa, w którym wszystkie aspekty życia podporządkowane zostały religii. Ofiarami wprowadzenia teokracji padły przede wszystkim kobiety, które pozbawiono większości praw. Co ciekawe, przy aplauzie i aprobacie niektórych z nich. Społeczeństwo ma charakter kastowy, więc zakres praw zależy od tego, do jakiej kasty dana osoba należy. Choć w przypadku kobiet nawet przynależność do najwyższej kasty, czyli do kasty Żon, nie oznacza szczególnych przywilejów. Tak naprawdę jedynie kasta Komendantów posiada przywileje. Pozostali mężczyźni też mają niewiele swobód. Co najwyżej mogą liczyć na to, że coś im skapnie z pańskiego stołu.
Powieść jest swoistą przestrogą. Pokazuje, jak nietrwała jest rzeczywistość, w której żyjemy. Wiele osób nie docenia wolności. Gotowi są oddać ją w imię religii lub ideologii, które obiecują im w zamian mrzonkę lepszego życia. Niestety, ta transakcja bywa ostateczna. Nie ma zwrotów. Gorzej, jeśli w ramach transakcji osoby te gotowe są poświęcić także wolność innych. Oczywiście w imię słusznych celów. Freda płaci cenę m.in. za transakcję Żony, która niegdyś dała się uwieść marzeniu o lepszym jutrze, a teraz doświadcza konsekwencji realizacji tego marzenia. I bynajmniej nie jest szczęśliwa. Nie tak to sobie wyobrażała. Szkoda, że tego akurat na lekcjach historii w szkołach nie uczą, choć materiału do takiej refleksji jest sporo.
Książka ma swoje słabe strony. Autorce zdarzają się zagadkowe błędy logiczne (np. co robiła Moira w Czerwonym Centrum, ośrodku, w którym przygotowywano przyszłe Podręczne, skoro miała podwiązanej jajowody?). Powieść warto jednak przeczytać, bo sporo tu prawdy na temat natury ludzkiej. Jest o czym myśleć. Moje - miejscami może nudnawe - wywody nie wyczerpują wszystkich wątków wartych poruszenia.
PS. Film z 1990 roku jeszcze był dość bliski literackiemu oryginałowi, ale serial z ostatnich lat to już bardzo swobodna interpretacja.