Isaac Asimov
"Roboty z planety świtu"

Isaac Asimov Roboty z planety świtu

Od wydarzeń, które miały miejsce na Solarii, minęło już trochę czasu. Elijah Baley zyskał status gwiazdy, bo powstał film o jego przygodach na Solarii. Niestety, wcale nie przysporzyło mu to popularności w szeregach policji. Zresztą bardziej pochłania go obecnie przyzwyczajenie ochotników z Ziemi do pobytu na otwartej przestrzeni, co ma ich przygotować do przyszłej eksploracji kosmosu. Tyle tylko, że projekt ten wymaga wsparcia Przestrzeńców. A ma on wśród nich zarówno zwolenników, jak i przeciwników.

Tymczasem na planecie Aurora zostaje zepsuty robot. Jest to robot humanoidalny. Głównym podejrzanym o popełnienie tego czynu jest doktor Han Fastolfe. Teoretycznie nie grozi mu za to żadna kara, ale sprawa ma podłoże polityczne. Fastolfe jest gorącym zwolennikiem oddania eksploracji kosmosu w ręce Ziemian. Przeciwnicy tej koncepcji uważają, że to Przestrzeńcy powinni mieć wyłączność na podbój Kosmosu. Tyle tylko, że nie mają tego dokonać samodzielnie, a za pomocą robotów humanoidalnych. I tu pojawia się problem, bo tylko doktor Fastolfe zna tajniki technologii ich wytwarzania. Nie chce się nią podzielić z innymi. Zniszczenie robota humanoidalnego miałoby być próbą sabotowania prac nad robotami humanoidalnymi i ekspansji Przestrzeńców w Kosmosie.

Wrogowie Fastolfe'a dowodzą, że jedynie on ma dostateczną wiedzę, by zniszczyć robota w sposób, w jaki tego dokonano. Elijah Baley zostaje wysłany na Aurorę z misją wykazania niewinności Fastolfe'a. Zadanie trudne, czy może wręcz niewykonalne, bo sam Fastolfe przyznaje, że tylko on jeden mógłby doprowadzić do uszkodzenia umysłu robota. Baley musi wytężyć cały swój intelekt i stawić czoła słabościom, by wykonać tę misję. Wspiera go znowu R. Daneel Olivaw, którego detektyw traktuje już jak przyjaciela.

Asimov znowu pokazuje, jak uprzedzenia i błędne założenia mogą utrudniać odkrywanie prawdy. Pomysł ciekawy, ale lektura była nieco nużąca. Drażnił mnie pyszałkowaty doktor Fastolfe. O ile zgadzam się, że stworzenie czegoś wymaga geniuszu, to zniszczenie jest zadaniem zazwyczaj banalnym. Nie trzeba geniuszu, a ignorancja nawet pomaga. Programiści niezwykle często bywają zdumieni, gdy wykazuje im się, jak łatwo zepsuć ich programy. Wirusy na potęgę wykorzystują luki oprogramowania. Nawet największy geniusz nie przewidzi wszystkich scenariuszy. Ignorant jest w stanie z powodu własnej głupoty zrobić coś, co osobie inteligentnej nigdy nie przyszłoby do głowy. Dlatego takie założenie fabularne było dla mnie dużym obciążeniem podczas lektury.

Niezbyt też podobają mi się metody śledztwa stosowane przez Baley'a. Jest on konfrontacyjny i napastliwy. Notorycznie posługuje się insynuacjami. Za to w ogóle nie szuka żadnych dowodów ani śladów. Jasne, mogę zrozumieć, że nie przesłuchuje robotów z powodu uprzedzeń, ale to niezbyt dobrze o nim świadczy jako o detektywie. Autor stara się ratować jego reputację ingerencjami zewnętrznymi, które zostają ujawnione w finale, ale trochę to naciągane. Asimov niezbyt się przykładał do poszerzania wiedzy o ludzkim umyśle. Gdyby to zrobił, zrozumiałby, jak skomplikowaną materią jest wpływanie na poglądy innej osoby. Jest to bardzo trudne. W przypadku dużych grup szanse powodzenia są spore, bo reguły prawdopodobieństwa tak działają, ale w przypadkach jednostkowych sprawa wygląda zupełnie inaczej. Autor nie przekonał mnie do swojego pomysłu. Co innego, gdyby pokazał mechanizm manipulacji lepiej skonstruowany, niż chciejstwo autora.

2026-01-27

Site copyrights© 2026 by Karol Ginter