|
|
 |
|
|
|
Arturo Perez-Reverte:
"Królowa Południa" |
|
|
|
|
|
Ta książka mnie rozczarowała. Miejscami
nawet irytowała. Zawsze ceniłem Aruro
Perez-Reverte za prawdziwą wirtuozerię
w posługiwaniu się słowem. Tym razem
się zawiodłem. Właściwie mogłem się
tego spodziewać, bo już dawno czytałem
w jakimś czasopiśmie wywiad z autorem,
który oświadczył, że dla potrzeb powieści
zmienił język narracji. Na początku
może i mnie to nie raziło, ale im dalej
zagłębiałem się w lekturę, tym czułem
coraz większe rozdrażnienie z tego powodu.
Przede wszystkim dialogi stały się mętne,
kiedy autor rezygnował z mowy niezależnej
(pamiętacie jeszcze z polskiego, co
to takiego?) i pisał wypowiedzi poszczególnych
postaci jednym ciągiem. Jednak o fatalnym
odbiorze powieści nie zdecydował tylko
język narracji, ale w ogóle cała narracja.
Bohaterką powieści autor uczynił Meksykankę,
Teresę Mendozę. Poznajemy ją jako dwudziestoletnią
osobę, która wpadła w poważne kłopoty
z powodu kochanka, niejakiego Blondyna
Davili, który zajmował się przemytem
narkotyków do Stanów Zjednoczonych,
ale postanowił na boku sobie dorobić,
na co mało przychylnie patrzyli jego
pracodawcy. Na nieprzychylnym patrzeniu
się naturalnie nie skończyło i Blondyn
Davila dołączył do grona oczekujących
na Sąd Ostateczny. Problemem Teresy
Mendozy był fakt, że kodeks meksykańskich
przestępców oparty był na zasadach odpowiedzialności
zbiorowej, co oznaczało, iż wyrok zapadł
także i na nią. Dzięki odrobinie szczęścia
oraz pomocy dawnego pracodawcy kochanka,
udało jej się wynieść głowę cało, ale
musiała opuścić Meksyk i tym sposobem
trafiła do Hiszpanii. Potem śledzimy
jej karierę w przestępczym biznesie,
aż do zdobycia fortuny na przemycie
narkotyków i uzyskania miana "Królowej
Południa". Wszystko zaczynało się
naprawdę ciekawie. Akcja toczyła się
dwutorowo i raz poznawaliśmy dzieje
Meksykanki widziane bezpośrednio jej
oczami, a raz śledziliśmy przebieg dziennikarskiego
śledztwa na jej temat. Początkowo sądziłem,
że będzie to opowieść o zemście. Były
nawet aluzje do "Hrabiego Monte
Christo" Dumas'a, co rodziło nadzieje
na powtórkę frapującej zabawy w stylu
"Klubu Dumas", ale choć powieść
Dumas'a miała swoją rolę do odegrania,
to jednak inną niż oczekiwałem. Okazało
się, iż autor woli prowadzić narrację
bardziej zawile. Jednak tym razem nie
jest to komplement. Bardzo szybko zaczęło
po prostu wiać nudą. Czekałem na jakiś
zaskakujący zwrot akcji, na jakieś drugie
dno, na jakąś zagadkę, na jakieś wyzwanie
stawiane czytelnikowi i zmuszające do
pracy jego szare komórki. A tu nic.
Zabrakło nawet odrobiny humoru, którą
Perez-Reverte czasami przemycał. Akcja
ospale zmierzała naprzód, a kiedy wreszcie
w finale nabrała odrobiny rumieńców,
byłem już tak zmęczony lekturą, że moim
jedynym pragnieniem było skończenie
powieści. Nie sposób było się nawet
przejąć losami Teresy Mendozy, bo choć
Perez-Reverte już w poprzednich książkach
kreował mało pozytywne kobiece charaktery,
to tym razem przeszedł samego siebie.
Meksykanka to wyjątkowo antypatyczna
postać. Gotowa dopuścić się każdej zbrodni
i podłości. Przy tym z gatunku tych
najgorszych, którzy odpowiedzialność
za swe czyny zrzucają na innych. Co
i rusz autor raczył czytelnika przemyśleniami
bohaterki, z których wynikało ni mniej,
ni więcej, że Teresa Mendoza to biedna
ofiara. Nie chciała bynajmniej zostawać
"Królową Południa". Nie chciała
przemycać narkotyków. Nie chciała też
ranić i zabijać. Inni wybrali za nią
i skazali ją na taki właśnie los. Czy
już uroniliście łzę? Może ten sarkazm
jest nie na miejscu, ale zawsze czułem
obrzydzenie wobec ludzi, którzy zrzucają
odpowiedzialność za własne czyny na
innych. W ten sposób w powojennych Niemczech
nagle zabrakło nazistów, a były tylko
ofiary Hitlera. W ten sposób nagle w
miejsce komunistów pojawili się po 1989
roku w Polsce socjaldemokraci. A że
były zbrodnie w PRL-u? No takie były
czasy... Oni też byli ofiarami reżimu...
Teresa Mendoza zawsze dokonywała wyborów
życiowych, które zapewniały jej łatwiejsze
i bardziej komfortowe życie, ale równocześnie
oznaczały konflikt z prawem. Przyznaję,
że od tego typu postaci wolę już bohaterów
w stylu Hannibala Lectera ("Milczenie
owiec" Thomasa Harrisa), dla których
zło jest sposobem na życie, ale którzy
nie zrzucają odpowiedzialności za swe
czyny na innych i nie rozczulają się
przy tym nad sobą. Na tle Lectera Meksykanka
jest zupełnie bezbarwna. Nie mówiąc
o tym, że jej samoużalanie się nad własnym
losem (w stylu: "ech, ja biedna
milionerka, znowu muszę kogoś zabić..."
- jakoś nie przyszło jej do głowy, że
wystarczy nie zabić i nie trzeba będzie
się rozczulać, bo czyż życie to nie
sztuka wyboru?) było zupełnie nieprzekonujące.
Kiedy więc powieść nie zagwarantowała
mi godziwej rozrywki, zacząłem wypatrywać
jej kolejnych słabych punktów. Kiedy
się chce, to nie trzeba długo szukać.
Ot mały przykład. Wyobraźcie sobie prawnika,
który ma za zadanie prać brudne pieniądze
pochodzące z przemytu narkotyków. I
wyobraźcie sobie, że policja nie może
oskarżyć jego mocodawców, bo wszystkie
machinacje prowadzone są wzorowo, ale
równocześnie ten sam prawnik nie potrafi
zalegalizować własnych dochodów z przestępczej
działalności i urząd skarbowy może mu
się dobrać do skóry. Wierzycie w to?
Mógłbym zrobić prawdziwą litanię takich
naciąganych wątków i mało wiarygodnych
postaci. Tylko czy to by coś zmieniło?
Wynajdywałem je, bo przy lekturze spotkał
mnie srogi zawód. Na tle innych powieści
autora ta powieść wypada poniżej krytyki.
Ale to tylko moje odczucia i możecie
się z nimi nie zgadzać (ta ostatnia
uwaga ma nieco załagodzić gniew tych,
którzy będą mieli odmienną opinię).
Zwłaszcza iż można znaleźć całkiem niezłe
fragmenty. Szkoda, że tylko fragmenty.
|
|
|
|
|
|
|
|
|
 |
Site
copyrights© 2006 by Karol Ginter |
 |
|
|