Strona główna Recenzje
Recenzje

Strona główna
Recenzje
Napisz do mnie !

 
   
Recenzje Karola
George R.R. Martin:
"Starcie królów"

Powieść ta to część cyklu. Już przy innej okazji pisałem, że to norma w fantasy. Ma to jedną istotną zaletę: przynajmniej wiem, czego oczekiwać. Pozycja może być słabsza od poprzedniej, ale jeśli spodobały mi się poprzednie części, to z dużym prawdopodobieństwem podobnie będzie z kontynuacją. "Starcie królów" liczy blisko 900 stron. Wydaje się to dużo, ale zapewniam, że lekturę kończy się z uczuciem, iż to i tak było mało.

Poświęćmy może nieco uwagi akcji. W Zachodnich Królestwach po śmierci króla Roberta Baratheona - dodajmy, że śmierć została ukartowana - zapanowała anarchia. Właściwym określeniem byłoby: anarchia feudalna. George R. R. Martin oparł ustrój społeczny tej wyimaginowanej krainy na średniowiecznym systemie lennym. Zresztą tych inspiracji średniowieczem - zwłaszcza angielskim - jest tu wiele. Ot chociażby sama liczba siedmiu legendarnych królestw, zjednoczonych pod berłem smoczej dynastii, siłą rzeczy kojarzy się z siedmioma królestwami anglosaskimi. Mur, oddzielający w powieści cywilizację od grozy chaosu i mrocznych sił, jako żywo kojarzy się z Wałem Hadriana. No i naturalnie kultura rycerska. Zostawmy jednak te inspiracje, od których w gruncie rzeczy nie jest w stanie uwolnić się prawie żaden autor fantasy. Zresztą nie czynię z tego wcale zarzutu.

A zatem, jak już zaznaczyłem, zapanowała anarchia. Nie wszyscy uznali władzę małoletniego syna króla. De facto nie jest on synem króla, lecz owocem kazirodczego związku królowej z bratem. Tych dwoje wywodzi się rodu Lannisterów i ten ród najwięcej zyskuje na zaistniałej sytuacji. Tyle tylko, że żaden z braci króla Roberta nie uznał swego bratanka na tronie. Obaj sami ogłosili się władcami. Do tego doszło kilka innych uzurpacji i w efekcie zapanował chaos. Bowiem brak silnej władzy centralnej to pożywka dla awanturników różnej maści, którzy korzystają z okazji by gwałcić i rabować. Świadomi są, że w tych okolicznościach jedyna sprawiedliwość to sprawiedliwość silnych.

Powieść jest wielowątkowa. Obok opisu zmagań o tron, ukazane zostały narodziny dwóch kolejnych zagrożeń: jednego na północy, za Murem, a drugiego na południu, gdzie na nowo zrodziły się smoki, a wraz z nimi magia.

Galeria postaci wykreowanych przez autora jest wręcz niesamowita. Podziw budzi fakt, że nie pogubił się on w tych wszystkich wywodach. Śledzimy równocześnie losy osieroconego rodzeństwa sześciorga Starków - ich ojciec, Ned Stark, był jedną z ofiar nadwornych intryg, Daenrys - ostatniej przedstawicielki smoczej dynastii, Tyriona Lannistera - kalekiego karła, który pomimo przynależności do rodu Lannisterów jest traktowany jak wyrzutek itd. Ich oczami widzimy rozwój konfliktu i spustoszenia, jakie sieje on w kraju.

Jak na dobrze zaplanowany cykl przystało, na tych 900 stronach wyjaśniło się niewiele. Intryga zrobiła się miejscami jeszcze bardziej pogmatwana. Wprawdzie jeden z braci króla Roberta, Stannis, zamordował przy udziale magii drugiego z braci, ale wcale go to nie przybliżyło do tronu. Stronnictwo jego brata poszło w rozsypkę. Część poparła Stannisa, a część Lannisterów. Na razie Stannis został pokonany przez Lannisterów, ale co dalej? Albo jakie zagrożenie przybędzie z północy? Autor nie zdradza zbyt wiele w tej materii, sugerując jedynie, że związane jest ono z zimą. Dlatego niecierpliwie czekam na ciąg dalszy. Tymczasem zaś zamierzam delektować się kontynuacjami innych cykli.

 
Poprzednio odwiedzona strona