|
Powieść ta to część cyklu. Już przy
innej okazji pisałem, że to norma w
fantasy. Ma to jedną istotną zaletę:
przynajmniej wiem, czego oczekiwać.
Pozycja może być słabsza od poprzedniej,
ale jeśli spodobały mi się poprzednie
części, to z dużym prawdopodobieństwem
podobnie będzie z kontynuacją. "Starcie
królów" liczy blisko 900 stron.
Wydaje się to dużo, ale zapewniam, że
lekturę kończy się z uczuciem, iż to
i tak było mało.
Poświęćmy może nieco
uwagi akcji. W Zachodnich Królestwach
po śmierci króla Roberta Baratheona
- dodajmy, że śmierć została ukartowana
- zapanowała anarchia. Właściwym określeniem
byłoby: anarchia feudalna. George R.
R. Martin oparł ustrój społeczny tej
wyimaginowanej krainy na średniowiecznym
systemie lennym. Zresztą tych inspiracji
średniowieczem - zwłaszcza angielskim
- jest tu wiele. Ot chociażby sama liczba
siedmiu legendarnych królestw, zjednoczonych
pod berłem smoczej dynastii, siłą rzeczy
kojarzy się z siedmioma królestwami
anglosaskimi. Mur, oddzielający w powieści
cywilizację od grozy chaosu i mrocznych
sił, jako żywo kojarzy się z Wałem Hadriana.
No i naturalnie kultura rycerska. Zostawmy
jednak te inspiracje, od których w gruncie
rzeczy nie jest w stanie uwolnić się
prawie żaden autor fantasy. Zresztą
nie czynię z tego wcale zarzutu.
A zatem, jak już zaznaczyłem, zapanowała
anarchia. Nie wszyscy uznali władzę
małoletniego syna króla. De facto nie
jest on synem króla, lecz owocem kazirodczego
związku królowej z bratem. Tych dwoje
wywodzi się rodu Lannisterów i ten ród
najwięcej zyskuje na zaistniałej sytuacji.
Tyle tylko, że żaden z braci króla Roberta
nie uznał swego bratanka na tronie.
Obaj sami ogłosili się władcami. Do
tego doszło kilka innych uzurpacji i
w efekcie zapanował chaos. Bowiem brak
silnej władzy centralnej to pożywka
dla awanturników różnej maści, którzy
korzystają z okazji by gwałcić i rabować.
Świadomi są, że w tych okolicznościach
jedyna sprawiedliwość to sprawiedliwość
silnych.
Powieść jest wielowątkowa.
Obok opisu zmagań o tron, ukazane zostały
narodziny dwóch kolejnych zagrożeń:
jednego na północy, za Murem, a drugiego
na południu, gdzie na nowo zrodziły
się smoki, a wraz z nimi magia.
Galeria
postaci wykreowanych przez autora jest
wręcz niesamowita. Podziw budzi fakt,
że nie pogubił się on w tych wszystkich
wywodach. Śledzimy równocześnie losy
osieroconego rodzeństwa sześciorga Starków
- ich ojciec, Ned Stark, był jedną z
ofiar nadwornych intryg, Daenrys - ostatniej
przedstawicielki smoczej dynastii, Tyriona
Lannistera - kalekiego karła, który
pomimo przynależności do rodu Lannisterów
jest traktowany jak wyrzutek itd. Ich
oczami widzimy rozwój konfliktu i spustoszenia,
jakie sieje on w kraju.
Jak na dobrze
zaplanowany cykl przystało, na tych
900 stronach wyjaśniło się niewiele.
Intryga zrobiła się miejscami jeszcze
bardziej pogmatwana. Wprawdzie jeden
z braci króla Roberta, Stannis, zamordował
przy udziale magii drugiego z braci,
ale wcale go to nie przybliżyło do tronu.
Stronnictwo jego brata poszło w rozsypkę.
Część poparła Stannisa, a część Lannisterów.
Na razie Stannis został pokonany przez
Lannisterów, ale co dalej? Albo jakie
zagrożenie przybędzie z północy? Autor
nie zdradza zbyt wiele w tej materii,
sugerując jedynie, że związane jest
ono z zimą. Dlatego niecierpliwie czekam
na ciąg dalszy. Tymczasem zaś zamierzam
delektować się kontynuacjami innych
cykli. |
|