|
Po raz kolejny sięgnąłem po lekturę
z gatunku fantasy. Nie będzie chyba
niespodzianki, gdy dodam, że "Proroctwo"
to część cyklu. Dokładniej drugi tom
opowieści o przygodach Rapsodii, Achmeda
i Grunthora. Trio, trzeba przyznać,
dość niezwykłe. Rapsodia jest człowiekiem
i Pieśniarką. Dwaj pozostali to Bolgowie.
W wolnych chwilach najemni mordercy.
Może trochę przesadziłem. Już przecież
w pierwszym tomie nieco się przekwalifikowali.
Achmed postanowił zostać królem, wobec
czego Grunthor został jego generałem.
Znalezienie poddanych nie nastręczało
większych kłopotów, ale o tym było w
poprzednim tomie. Zmiana zawodu nie
pociągnęła zmian w sposobie życia. Gdy
się jest królem Bolgów, znanych z pożywiania
się ludźmi, to dla utrzymania autorytetu
władzy należy od czasu do czasu wyprawić
kogoś w zaświaty. Najlepiej w jakiś
efektowny, krwawy sposób. Zarówno poddani,
jak i wrogowie czują wówczas respekt.
Właściwie król Achmed stara się prowadzić
wobec sąsiadów pokojową politykę, ale
wiadomo przecież, iż ludzie są uprzedzeni
wobec istot, które samym swym wyglądem
budzą przerażenie. Nie przyjdzie im
do głowy, że budzący strach potwór może
być wewnątrz wrażliwą istotą. Hmm, może
z tą wrażliwością to nieco się zagalopowałem.
Achmed i Grunthor są dżentelmenami wyłącznie
wobec Rapsodii. Nieprzypadkowo. Pieśniarka
jest bowiem nieprzeciętną pięknością.
Jej widok poraża każdego mężczyznę.
Zachowują się oni w jej obecności przeważnie
jak na klasycznych samców przystało:
ze względu na niedotlenienie ustaje
praca ich mózgów, bo chociaż krew żywiej
płynie, to kierowana jest do zupełnie
innego obszaru ich organizmów. A żeby
było zabawniej, Rapsodia jest absolutnie
nieświadoma wpływu, jaki wywiera na
przedstawicieli płci przeciwnej. Co
więcej, jest nawet przeświadczona, że
to ze względu na jej brzydotę wszyscy
wytrzeszczają oczy na jej widok i zamiast
coś mówić jedynie nieskładnie bełkoczą.
Nie ukrywam, iż znam podobne kobiety
z autopsji. Nic ich nie przekona do
porzucenia takiej skrzywionej wizji
rzeczywistości.
W każdym razie Rapsodia
z czasem poznała prawdę. Miał w tym
niebagatelny udział Ashe. Postać dość
barwna, pół człowiek a pół smok, ale
nie zdradzę nic więcej, bo choć łatwo
się domyślić - i to już na kartach pierwszego
tomu - kim on jest, to nie chcę nikomu
zepsuć lektury.
Przedstawiłem główne
postaci, ale warto wspomnieć o intrydze.
Osią akcji jest zagrożenie dla istniejącego
świata ze strony demona z gatunku F'dorów.
Ów przedstawiciel żywiołu ognia (autorka
stworzyła całkiem interesującą kosmogonię
dla swego literackiego świata) zamierza
zamienić świat w morze ognia, a tym
samym zniszczyć wszystkie zamieszkujące
go istoty.
Achmed to przedstawiciel
gatunku, który od początków istnienia
zwalcza F'dorów. Teraz sekundują mu
w tym zgodnie Grunthor i Rapsodia. Jest
też jeszcze jedna siła, która walczy
z F'dorem, ale nie ujawnia swego istnienia.
Ingeruje jednak w bieg wydarzeń, a nawet
bieg czasu, by zniszczyć demona i uratować
świat. A wytropić demona nie jest łatwo,
gdyż nie przybiera on żadnej formy fizycznej,
lecz znajduje sobie żywicieli, czyli
ludzi lub inne istoty, którymi kieruje.
Może zatem być kimkolwiek. Nic więc
dziwnego, iż akcja wciąż się wikła.
Książka trzyma w napięciu, choć niektórzy
mogą uznać, że wątek romansowy został
nieco nadmiernie rozbudowany. No ale
i on tworzy dość specyficzny klimat
powieści. Do tego bardzo smakowite dialogi
między Rapsodią, Achmedem i Grunthorem.
Pełne zjadliwego humoru. Zresztą powieść
miejscami aż iskrzy się od humoru. Powieściowy
świat został w całości wymyślony przez
autorkę. Zatem nie udało mi się dostrzec
jakichkolwiek analogii historycznych,
których tak chętnie wypatruję. Autorka
na dodatek wymyśliła dla tego świata
całkiem interesującą historię.
Książka
naprawdę warta przeczytania. Może nie
zasługuje na miano arcydzieła, jak reklamują
wydawnictwo i Andrzej Sapkowski, ale
jest to bardzo dobra fantasy. Zresztą
autorka już wydała na Zachodzie trzeci
tom, na który nam w Polsce przyjdzie
zapewne jeszcze poczekać, co świadczy o popularności cyklu. |
|