Strona główna Recenzje
Recenzje

Strona główna
Recenzje
Napisz do mnie !

 
   
Recenzje Karola
Raymond E. Feist:
"Odpryski strzaskanej korony"
Odwlekałem lekturę ostatniego tomu cyklu Feista o wojnie z wężowym ludem jak tylko mogłem. Z tomu na tom cykl był coraz słabszy i odnosiłem wrażenie, że możliwości pisarskie Feista poważnie ucierpiały. Leżała więc sobie ta książka spokojnie na półce, czekając na lepsze czasy. Może leżałaby jeszcze dłużej, gdyby nie pozytywne wrażenia z lektury "Niebajki". Postanowiłem zatem przekonać się, czy pisarstwo Feista stacza się w dół po równi pochyłej, czy może jednak proces ten został powstrzymany. No cóż, niestety nadal nie jest dobrze. Miałem w czasie lektury wrażenie, że intryga jest klejona na siłę z różnych fragmentów, a autor zaczynając pisać ten tom nie miał jeszcze koncepcji, jak zakończy. Tzn. wiedział, że będzie szczęśliwe zakończenie, bo jakżeby inaczej, ale nie bardzo wiedział, jakie to nieszczęścia mają dotknąć bohaterów i Midkemię, a co za tym idzie, jak wybrną oni z tych tarapatów. Zaczyna się więc wszystko od resztek sił najeźdźców, które skupił Fadawah, planujący wykroić sobie własne państwo i nie zamierzający wracać tam, skąd przybył. Przeciw sobie ma księcia Krondoru Patricka i zestaw bohaterów znanych z poprzednich powieści. Wydawać by się mogło, że tom będzie jedną wielką kampanią wojenną, przeplataną może epizodami dyplomatycznymi. Ale chyba sam autor czuł się dość grząsko na tym terenie, a może uznał, że to za mało i trzeba więcej fajerwerków, bo zaangażował w intrygę dodatkowo siły magiczne. Już recenzując poprzednie tomy, zarzucałem autorowi nieznajomość wojskowości. Ripostując, miłośnicy Feista zarzucali mi wówczas, że to przecież fantasy, że nie można oczekiwać realizmu. Wszystko ma jednak swoje granice. Jeśli Feist pisze, że żołnierz zarzucił sobie załadowaną kuszę na ramię i ta przypadkowo wystrzeliła, zabijając jednego z bohaterów, to włos mi się jeży na głowie. Czyżby autor nie wiedział nawet jak wygląda i funkcjonuje kusza? Przecież trzeba byłoby nie lada starań, aby założyć sobie nabitą kuszę na ramię, bo przecież po pierwsze bełt nie tkwił w lufie, a jedynie leżał na łożu i tylko przytrzymywany był lekko na końcu specjalnym przyciskiem, a po drugie kusze nie miały spustu jak obecna broń palna, lecz dźwignię spustową, która przy założeniu na ramię musiałaby zostać naciśnięta. A przede wszystkim rodzi się pytanie o celowość zarzucania nabitej kuszy na ramię. Utrzymywanie naciągniętej cięciwy mogę zrozumieć, bo w przypadku niespodziewanego ataku pozwala to na natychmiastowe założenie bełtu i oddanie strzału. Ale nie zakłada się wówczas kuszy na ramię, tylko trzyma się ją w pogotowiu. A z kolei jeśli zagrożenia nie ma, zwalnia się cięciwę, aby nie odkształcić łęczyską, co prowadziłoby do zniszczenia kuszy. Oczywiście ktoś powie, że się czepiam jednego epizodu. Może. Ale ja lubię autorów dbających o szczegóły. Feist te szczegóły zaniedbuje. Przykład kuszy jest dla mnie tylko najbardziej kontrowersyjny. Gdyby był odosobniony, nie miałby większego wpływu na ogólną ocenę powieści. Zebrało się jednak wiele drobiazgów, które w sumie złożyły się na mój negatywny odbiór powieści. Dziwi mnie chociażby, że autor z uporem określa Puga arcymagiem, a tymczasem Nakor, który jest zresztą dużo barwniejszą postacią, przerasta go swymi możliwościami. Takie w każdym razie wrażenie odnosi się z lektury. A Pug absolutnie swoimi możliwościami w tej książce nie imponuje. Wydaje się nie bardzo rozumieć, co się wokół dzieje. Miota się najpierw bez większego sensu. Decyduje się na interwencję bardzo późno. Mało rozgarnięty, czy jak? Niby arcymag, a nie wie, że nie można być neutralnym, bo taki wybór może okazać się gorszy niż opowiedzenie się po którejś ze stron. Ale nie będę się już więcej pastwił. W mej pamięci pozostaną ciepłe wspomnienia pierwszych tomów cyklu Feista o Midkemii, a o powieściach o wojnie z wężowym ludem postaram się zapomnieć.
 
Poprzednio odwiedzona strona