Strona główna Recenzje
Recenzje

Strona główna
Recenzje
Napisz do mnie !

 
Recenzje Karola
Steven Erikson:
"Wspomnienie lodu"
t. 1: "Cień przeszłości"
t. 2: "Jasnowidz"
Kolejne tomy kolejnego cyklu. Taka krótka charakterystyka wydaje się być adekwatna. Skończyłem bowiem lekturę kolejnych książek z cyklu "Opowieści z Malazańskiej księgi poległych" z uczuciem niedosytu. Miałbym apetyt na więcej. Autor powrócił do dziejów bohaterów poznanych w pierwszej książce z cyklu. Druga łączyła się z pierwszą w niewielkim stopniu. Wydana właśnie w dwóch tomach trzecia książka kontynuuje pewne wcześniejsze wątki, niektóre z nich kończąc, ale równocześnie sygnalizuje wiele kolejnych, które znajdą zapewne rozwinięcie w przyszłości. Czytelnik pozostaje zatem dalej w niepewności. Zasób wiedzy się powiększył, ale równocześnie zrodziły się kolejne pytania i niejasności. Jednym słowem majstersztyk. Nieustannie zdradza się czytelnikowi nowe informacje, ale przy tym daje do zrozumienia, że wciąż pozostaje wiele do odkrycia. Liczba tajemnic, które czekają na odkrycie, bynajmniej nie maleje. To jedna z zalet tego cyklu.
Po tej entuzjastycznej charakterystyce wstępnej, wypadałoby powiedzieć coś o fabule. Akcja toczy się ponownie na kontynencie Genabackis. O wydarzeniach na Raraku, którym poświęcone były "Bramy Domu Umarłych", wspomina się marginalnie. Armia malazańskich renegatów, wyjętych spod prawa przez cesarzową, łączy swe siły z armią wyzwoleńczą, przeciw której dotąd walczyła. Owa armia wyzwoleńcza to koalicja sił Caladana Brooda, Anomandera Rake'a, Rhivijczyków, Mottańskich Pospolitaków itd. Tym, co ich jednoczy, to zagrożenie ze strony Pannion Domin. Nowego imperium, na którego czele stoi Jasnowidz. Nie będzie raczej zaskoczeniem, gdy stwierdzę, że ów Jasnowidz to jedynie marionetka w ręku znacznie groźniejszych sił. Imperium Jasnowidza niszczy wszystko na swojej drodze. Jego celem nie jest panowanie, lecz samo niszczenie. Pod jego rządami nikt nie pracuje, nikt nie uprawia ziemi, nikt nie hoduje zwierząt. Jest miejsce tylko dla wojowników, którzy mają kontynuować ekspansję. No i dla Tenescowri, którzy służą za prowiant. Bo przecież coś trzeba jeść...
Sojusz przeciw Pannion Domin zjednoczył wprawdzie dotychczasowych wrogów, ale o wzajemnym zaufaniu trudno mówić. Tym bardziej, że wszyscy mają coś do ukrycia. Przykładowo dowodzący Malazańczykami Dujek Jednoręki ukrywa - nie tylko przed sojusznikami, ale także przed swymi żołnierzami - fakt, iż w rzeczywistości sama cesarzowa kieruje jego posunięciami, a wyjęcie spod prawa to zwykła mistyfikacja. W gąszczu kłamstw i półprawd każdy by się pogubił. Tym bardziej, że trudno w tych okolicznościach poznać intencje sojuszników. Nie ma pewności, czy nie dojdzie do zdrady. Nie wiadomo nawet, po kim można się jej spodziewać, skoro zbyt wielu skrywa jakieś tajemnice, czy nawet ukrywa prawdziwą tożsamość. Ma to dla niektórych zgubne konsekwencje.
Wprawdzie powyższy opis nie przybliżył zanadto fabuły, ale to przez wzgląd na jej wielowątkowość. Wątki te, niczym cegiełki, składają się na większą budowlę. Nawet gdy wydaje się nam, iż coś nie ma związku, to na pewno go ma. Każda informacja bywa istotna. Przy tym autor odwołuje się do wątków z poprzednich książek, co zmusiło mnie do ich przekartkowania, bo pewne rzeczy zdążyłem już jednak zapomnieć. Główny wątek dotyczy konfrontacji z Pannion Domin, o czym już wspomniałem. Wokół tego wątku orbitują pozostałe. Mamy tu zatem dzieje maga, Szybkiego Bena, który stara się odkryć, kto tak naprawdę stoi za całym konfliktem. Mamy historię kapitana Parana, który usiłuje odgadnąć, jaką rolę jemu przypisano, a właściwie chce uciec przed tą rolą i związaną z nią odpowiedzialnością. Mamy dzieje zagłady bractwa Szarych Mieczy poświęconych bogowi Fenerowi, a potem narodzin w jego miejsce nowego bractwa, poświęconego Wilkowi i Wilczycy Zimy. Mamy opowieść o Srebrnej Lisicy, w której odrodziły się cztery władające magią osoby. Mamy historię strażnika karawan, Zrzędy, którego los uczynił Śmiertelnym Mieczem Trake'a. Mamy dzieje Toca Młodszego, który w pierwszej książce cyklu został wciągnięty do groty, a teraz odnalazł się nagle w starożytnym miejscu zwanym Morn. Skończę może tę litanię wątków, bo wokół wątków pobocznych orbitują jeszcze drobniejsze.
Tak się złożyło, że książki te przeczytałem po kolejnym tomie cyklu George'a R. R. Martina. Siłą rzeczy musiały mi się nasunąć porównania. I choć Steven Erikson jest świetny, to jednak cykl Martina stawiam wyżej. Może przemawia do mnie bardziej ze względu na wierność realiom historycznym? Trudno mi jednoznacznie odpowiedzieć. Z drugiej strony Erikson zawarł w swym cyklu znacznie więcej humoru. Spogląda na wszystko z większym dystansem. Moimi ulubieńcami byli Mottańscy Pospolitacy. Przezabawni. Dialogi bardzo często iskrzą humorem, podczas gdy u Martina jest śmiertelnie poważnie. Dowcip bywa ciężki. Bohaterów śmieszą ułomności innych. W pewnym sensie jest to bardziej realistyczne. U Eriksona żołnierze są aż nazbyt inteligentni. Inteligentniejsi od wielu osób, które szczycą się wyższym wykształceniem, a które dane mi było poznać. Może właśnie zabrakło mi tu osób o ograniczonych horyzontach i umysłowości? A może po prostu szukam dziury w całym, bo nie wiem dokładnie, co sprawia, że trudno mi było oderwać się od lektury Martina, a nie miałem takich kłopotów przy Eriksonie. Może to po prostu kwestia fabuły i akcji? Jakkolwiek by nie było, cykl "Opowieści z Malazańskiej księgi poległych" ma u mnie bardzo wysokie notowania i niecierpliwie czekam na dalszy ciąg.
 
Poprzednio odwiedzona strona