Strona główna Recenzje
Recenzje

Strona główna
Recenzje
Napisz do mnie !

 
   
Recenzje Karola
Molly Cochran, Warren Murphy:
"Król wszystkich dni"

Jest to pierwszy tom cyklu fantasy inspirowanego opowieściami aturiańskimi. Bohaterem - według opisu z okładki - jest 10-letni Artur Blessing z Chicago. Już samo nazwisko mówi za siebie - angielskie blessing znaczy błogosławieństwo. Jest więc wybrańcem. Dodam, że w wyniku splotu różnych dziwnych i tajemniczych wydarzeń odziedziczył ruiny Camelotu...

Jednak tak naprawdę książka wcale nie jest o nim. Artur jest tylko pretekstem do opowiedzenia pewnej historii. Przez pierwsze 50 stron Artur w ogóle nie pojawił się na kartach książki. Przyznaję, iż w związku z tym zerkałem kilkakrotnie na opis, by się upewnić, o czym miała być ta opowieść.

Na początek poznajemy Hala Woczniaka. To klasyczny Bohater Po Przejściach, Który Ma Problemy Z Alkoholem. Należy już do kanonu bohaterów. Nie różni się zanadto od tych, którzy zapełniają książki sensacyjne. Zresztą Hal to były agent FBI. Zaczyna się więc raczej jak opowieść sensacyjna. Zaraz potem następuje zwrot w kierunku horroru. Pojawia się tajemnicza postać psychopatycznego mordercy. Kolejne wcielenie Hannibala Lectera. Niestety postać przedstawiona została niekonsekwentnie. Ma być czarnym charakterem, ale autorom nie udało się sprawić, bym żywił do niej niechęć. Tak naprawdę to jedyna postać z krwi i kości w całej powieści. Reszta jest komiksowa do bólu.

Z czasem dowiadujemy się, że ów czarny charakter ma na imię Saladyn. To od razu obudziło we mnie podejrzenia. I słusznie. Dalej możemy się dowiedzieć, iż żyje już od kilku tysięcy lat i faktycznie był niegdyś władcą Egiptu Saladynem. Niestety jestem historykiem. Czasem to przekleństwo. Saladyn był przyzwoitym władcą. Kierującym się zasadami honoru. Co ciekawe jego przeciwnikiem jest tu Galahad, który miał "inspirować" - cokolwiek to znaczy - wiele postaci historycznych, m.in. Ryszarda Lwie Serce. Ryszard Lwie Serce i Saladyn spotkali się. Starli się w trakcie trzeciej krucjaty. I tu ciekawostka. Ryszard Lwie Serce to nieokrzesany brutal przy Saladynie. Przykład. 20 sierpnia 1191 roku kazał z zimną krwią zamordować 2700 wojowników saraceńskich, ich żony i dzieci. Jeszcze kilkakrotnie krzyżowcy - co zresztą nie było dla nich niczym niezwykłym - dokonywali rzezi muzułmanów. Muzułmanie oczywiście się rewanżowali, ale Saladyn starał się jak tylko mógł powściągnąć te ekscesy. Przykład rycerskości Saladyna? Gdy w bitwie pod Jafą padł koń pod Ryszardem Lwie Serce, sułtan posłał swego stajennego z dwoma końmi dla wojowniczego króla. Inny przykład. Gdy król Anglii zachorował, Saladyn posłał mu brzoskwinie i gruszki oraz śnieg z Hebronu do chłodzenia napojów... To ma być krwiożerczy, pozbawiony ludzkich cech potwór?

Niektórzy powiedzą: licentia poetica, ale dla mnie to żadne usprawiedliwienie. Zresztą w ogóle cała historiozofia przedstawiona na łamach książki jest niespójna. Wizja dziejów jest nieprzekonująca. Próba wpasowania w to Chrystusa zupełnie chybiona. Najgorsza jest chęć racjonalizowania wielu wydarzeń. Gdyby chociaż to zostało zrobione konsekwentnie, ale raz zdarzenie pozornie magiczne tłumaczy się przyczynami naturalnymi lub nadmiarem wyobraźni potomnych, innym razem mamy czystą magię...

Poza tym stary, poczciwy Merlin wypada bardzo blado. Taki zabawny staruszek - czarodziej. Znowu kalka postaci znanych z innych cykli fantasy. We mnie wzbudził większą niechęć niż Saladyn. Nie podejrzewam, by było to zamierzonym celem autorów.

A może wszystkie moje zastrzeżenia biorą się po prostu z faktu, że nigdy nie złapałem bakcyla miłości do opowieści arturiańskich? Mógłbym jeszcze długo wytykać usterki, ale chyba nie warto. Poza tym książka napisana jest przyzwoitym stylem. To ważne, bo czasami pomysł bywa znacznie lepszy, ale nie staje talentu. Tym razem pomysł marny, ale czyta się lekko i przyjemnie. Ale i tak nie kupię kolejnych części cyklu.

 
Poprzednio odwiedzona strona